Ciasto czekoladowe, tudzież brownie, i słów kilka o Donnie Hay

Jakiś czas temu zażyczyłam sobie na urodziny najnowszą książkę Donny Hay „Szybko, prosto, świeżo”. Kiedy została złożona na moje trzydziestoletnie ręce, które lekko się ugięły, poczułam, że kondycja już nie ta – tomiszcze waży prawie 1,5 kg i ma dość niepraktyczne rozmiary, które bardziej pasują do albumów fotograficznych, które przegląda się w ciszy i skupieniu z kieliszkiem czegoś dobrego w dłoni, niż do książki kucharskiej. I właśnie taką albumową konwencję ma to wydanie – mnóstwo w nim pięknych, jasnych i wysmakowanych fotografii, często całostronicowych. Mało to praktyczne, gdy chce się ugotować coś z przepisów zawartych w tej książce. Poza tym zajmuje strasznie dużo miejsca na kuchennym blacie, no i jest tak ładna, że aż strach ją zachlapać.

Wracając do fotografii, to moim zdaniem efekt psują komentarze naniesione na niektóre zdjęcia dużą, irytującą, niby odręczną czcionką. Bywają jednak zabawne, np.: „ten pudding głaszcze podniebienie, w dodatku robi się sam”. Jeśli ktoś lubi gawędziarski klimat, który w swoich książkach kucharskich tworzy np. Nigella, to ta pozycja też mu się spodoba. Jeśli ktoś jest blogerem kulinarnym albo interesuje się fotografią, to będzie się pieścił z tą książką godzinami (tym bardziej, że w ostatnim rozdziale znajduje się sporo wskazówek związanych ze stylizacją).

Przechodząc do przepisów, bo to w sumie jest najważniejszą kwestią, to przyznam się, że po kilkuminutowym przejrzeniu książki ucieszyłam się, że dostałam ją w prezencie a nie kupiłam, bo w oczy rzuciły mi się carbonara, caprese, brownie, zupa z boczkiem i soczewicą oraz z pieczonej dyni, które nie powalają oryginalnością. O Bożenko, pomyślałam, tyle złotówek za książkę, która jest tak odtwórcza! Dałam jej jednak drugą szansę i następnego dnia zajrzałam do niej, gdy Panna Grymaśna zaliczała południową drzemkę.

„Szybko, świeżo, prosto” okazała się kopalnią pomysłów na makarony, ryby, sałaty oraz mięsa (nie mogę się doczekać, aż wypróbuję schab wieprzowy glazurowany w porto i miodzie z niebieskim serem pleśniowym) i interesujące desery, np. zdekonstruowane tiramisu. Dania te w założeniu mają być mało zajmujące i bez zażenowania można użyć w nich półproduktów. Donna Hay uważa, że nie można poświęcać czasu gotowaniu kosztem życia rodzinnego i własnych przyjemności – trochę mnie to otrzeźwiło, bo doba nie jest z gumy, a ja nie jestem ze stali, czasem trzeba odsapnąć i dać sobie na luz.

W myśl mojej zasady: „gdy ci smutno, gdy ci źle, zjedz sobie brownie – zakituj się…” na pierwszy rzut przy testowaniu przepisów książki poszło ciasto czekoladowe prezentowane poniżej. Klasyka w czystej postaci. Godna polecenia i skuteczna jako chandrołamacz (gorzka czekolada w połączeniu z całkiem sporą ilością migdałów).

brownie ciasto czekoladowe 01a-1024

Składniki (na tortownicę o średnicy 22 cm):

  • 375 g gorzkiej czekolady
  • 125 g masła
  • 175 g brązowego cukru trzcinowego
  • 35 g mąki pszennej
  • 2 łyżki mleka
  • 120 g mąki migdałowej (albo zmielonych migdałów)
  • 5 jajek
  • kakao do oprószenia

Czekoladę połam na drobne kawałki albo posiekaj.

W rondelku rozpuść masło i wrzuć do niego czekoladę. Mieszaj, aż się rozpuści, następnie dodaj cukier trzcinowy, przesianą pszenną mąkę, mleko i mąkę migdałową. Ja takiej mąki nie miałam na stanie, więc wrzuciłam do malaksera 120 g migdałów w płatkach i zmiksowałam je na pył. Dały radę.

Do masy czekoladowej wbij jajka i dokładnie wymieszaj. Masę wylej do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Formę przykryj aluminiową folią i wstaw do piekarnika nagrzanego do 170ºC na 40 minut.

Po upieczeniu zdejmij folię i pozwól ciastu ostygnąć w formie. Przed podaniem oprósz kakao.

brownie ciasto czekoladowe 01b-1024

brownie ciasto czekoladowe 03-1024

Pin It

„Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy” Julity Bator

Zdrowe odżywianie stało się niebywale modne w kręgach aspirujących do „średniej klasy wyższej”. Nie wypada publicznie się przyznawać do karmienia dzieci papkami ze słoików i gotowymi kaszkami z mlekiem modyfikowanym. Mamy prześcigają się w samodzielnym komponowaniu najwymyślniejszych purée dla niemowląt i licytują się, która lepiej zna schemat rozszerzania diety. Pocztą pantoflową z prędkością światła roznoszą się informacje, gdzie można kupić najwięcej certyfikowanych produktów z zielonym listkiem. Kto jest w stanie więcej zapłacić za eko-kurczaka, ten jest królem. Kto nie wypija rano zielonego koktajlu, nie ma stajlu. I takie tam. W niektórych środowiskach po sos do spaghetti, butelkę pepsi i słone paluszki trzeba wychodzić późnym wieczorem i niemal w kominiarce. Wypada natomiast znać wszystkie targowiska w promieniu co najmniej 15 kilometrów, gdzie można kupić warzywa „od rolnika” (jakby były jakieś inne) a szczytem lansu są samodzielne, cotygodniowe wyprawy do „chłopa” po marchew i kuraka na niedzielny rosół. Chyba stąd wzięło się przekonanie, że „zdrowe” żywienie jest drogie, czaso- i pracochłonne oraz wymaga dużego zaangażowania.

W szkołach nie uczy się o jedzeniu. Jest wiedza o społeczeństwie, wiedza o kulturze, wiedzy o zdrowym odżywianiu w programie nauczania brak. Nic dziwnego zatem, że większość z nas niewiele wie o mechanizmach wytwarzania żywności, nie potrafi czytać ze zrozumieniem etykiet (echh, etykiety to czubek góry lodowej), mało kto wie, czym są np. emulgatory i do czego służą. Na szczęście powstają rozmaite organizacje w duchu slow food, które tylnymi, żeby nie powiedzieć kuchennymi, drzwiami wkraczają do szkół i prowadzą z dziećmi warsztaty w ramach zajęć dodatkowych. Wielu czołowych kucharzy, na czele z Grzegorzem Łapanowskim, jeździ po Polsce i szkoli kulinarnych adeptów, ucząc rozpoznawania wartościowych produktów i przygotowywania z nich smacznych posiłków.

Nie każdy ma jednak możliwość skorzystać z tych inicjatyw. Każdy może natomiast przeczytać książkę Julity Bator, o której już kiedyś wspominałam oraz zapoznać się z jej ciągiem dalszym, o którym teraz będę pisać. „Zamień chemię na jedzenie” wydane w 2013 roku przez Znak to poradnik, w którym autorka szeroko opisała mechanizm zmiany diety w jej rodzinie i pozytywny wpływ tej rewolucji na zdrowie jej dzieci. Tegoroczne wydanie to kontynuacja w postaci typowej książki kucharskiej – stanowi zbiór nowych 80 przepisów (w pierwszym tomie przepisów była podobna liczba – komplet tworzy całkiem niezłe zaplecze inspiracji).

fot. Wydawnictwo Znak
fot. Wydawnictwo Znak

Książka, w moim odczuciu, jest skierowana głównie do tych, którzy zapoznali się z poradnikiem. Ci, którym jest on nieznany, mogą sobie co chwila zadawać pytanie „ale o co chodzi?”. Na listach składników bowiem obok nazw produktów są podane w nawiasach wszystkie niepożądane dodatki. Ktoś, kto nie zwraca uwagi na etykiety, może nie wiedzieć, co jest w nich złego. Taką wiedzę niesie wspomniany wcześniej poradnik.

„Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy” powstały, jak autorka wspomina we wstępie, w opozycji do innych wydawnictw tego typu, w których przepisy są przeważnie skomplikowane i z przeznaczeniem na specjalne okazje. Nieco dziwi mnie taka opinia, bo śledząc rynek nowości, zauważyłam rosnącą popularność pozycji z łatwymi przepisami na niedrogie dania dla zabieganych. W Internecie wg Julity Bator można znaleźć moc przepisów na zdrowe dania, ale bardzo często są one zwyczajnie niesmaczne. Oto jak ona sama charakteryzuje swój zamysł: „nie jest to książka kucharska w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie jestem bowiem zawodową kucharką, mimo że mój sześcioletni syn jest święcie przekonany, iż jego mama taki właśnie ma zawód. To książka o tym, że przyrządzanie posiłku nie musi być żmudnym, wykańczającym zajęciem, że może być proste, czasem nawet bardzo twórcze, a przede wszystkim satysfakcjonujące” (s. 11)

Teraz nieco o strukturze książki. Podzielona jest na 10 rozdziałów:
– Mało nas, mało nas do pieczenia chleba, czyli CHLEB I CO DO CHLEBA?
– Szkoła óczy, czyli CO DO SZKOŁY?
Green generation, czyli CO DO PRACY?
– Analiza spożywcza, czyli PRZEMYCANIE WARTOŚCI ODŻYWCZYCH
– Opowieść wigilijna, czyli CO NA BOŻE NARODZENIE?
– Odrobina Bullerbyn w Polsce, czyli CO NA WIELKANOC?
– Cukier krzepi, czyli SŁODYCZE I DESERY
– Niech żyje bal, czyli CO NA KINDER PARTY?
– Domowy bar szybkiej obsługi, czyli ZROWY FAST FOOD
– Co do picia, czyli KAWA CZY HERBATA?

zamien chemie na jedzenie 02-1024

Dodatkowo znaleźć możemy spis przepisów, które są podzielone na: śniadanie i kolację, dania obiadowe, napoje, słodycze, przekąski i desery. Na końcu umieszczono również alfabetyczny spis składników, który również ułatwia poruszanie się po książce. W ramach bonusu, mającego za zadanie potwierdzanie tez autorki, umieszczono kilka cytatów z blogosfery.

Każda potrawa jest sfotografowana, niektóre mają dodatkowe zdjęcia pomocnicze. Fotografie są dziełem Jakuba Batora, męża Julity. Utrzymane są w prostej, domowej i przytulnej konwencji – nie jest to fotografia studyjna na drogiej zastawie z perfekcyjnie lśniącymi sztućcami i idealnie upozowanym listkiem sałaty. Ogólnie to wydanie jest znacznie przyjemniejsze dla oka i dłoni niż poprzednie – twarda, lśniąca okładka, dobrej jakości, gruby papier, strony są szyte.

zamien chemie na jedzenie 03-1024

zamien chemie na jedzenie 04-1024

Poziom trudności przepisów to maksymalnie średnio trudny. Zdecydowana większość jest wybitnie łatwa. W książce mieszczą się potrawy zarówno modne, jak i tradycyjne, jednoskładnikowe i bardziej wyszukane. Znaleźć można receptury na specjały regionalne (proziaki i piróg biłgorajski) i dania na wynos – do pracy albo do szkoły. Dodatkowo można odnaleźć kilka dość podstępnych i przydatnych zagrywek, które mają na celu przechytrzenie dzieci i skłonienie ich do jedzenia zdrowej żywności (np. zapieczenie paczuszek z tortilli w tosterze).

zamien chemie na jedzenie 06-1024

Przeglądając przepisy, gdzie na liście składników są uwagi dotyczące substancji niepożądanych, można sobie uświadomić, że zdrowe gotowanie wcale nie jest trudne i nie wymaga wyjątkowych surowców ze specjalistycznych sklepów. Gdy skompletujemy w kuchni zestaw bezpiecznych produktów i wydreptamy ścieżki do półek z nieprzetworzoną żywnością (nawet w super-hiper-duper marketach), łatwo nam będzie komponować posiłki, które będą pełne wartości odżywczych i dostarczą zdrowej energii oraz składników niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania. Na liście ingrediencji u Julity Bator często pojawia się cukier, ale nierafinowany – bywa zastępowany przez inne słodziwa w postaci miodu czy daktyli. Zamiast zwyczajnej mąki pszennej, autorka proponuje mąkę orkiszową. Do wielu potraw jest potrzebna sól, ale trzeba zwrócić uwagę, aby nie zawierała antyzbrylacza, czyli żelazocyjanku potasu.

zamien chemie na jedzenie 01-1024

Jedynym mankamentem, który zwrócił moją uwagę i trochę irytował, jest dość toporny styl wstępów przed każdym z rozdziałów. Czasem odnosiłam wrażenie, że były przez autorkę pisane na siłę. Dowcip, jeśli się pojawiał, to był mocno ugrzeczniony, rzekłabym nawet, że z brodą po sam pas. Dla młodszego czytelnika, od rocznika ’90 wzwyż, może mieć on jednak jakiś urok świeżości.

/wpis sponsorowany/

Pin It

„Kuchenne rewolucje. Nowe przepisy Magdy Gessler”

Gessler_Kuchennerewolucje2_500pcx
fot. Wydawnictwo Znak

Jeśli chodzi o kulinarne upodobania Polaków, mamy do czynienia z bardzo pozytywnym zjawiskiem. Kończy panowanie podłej jakości fast food. Teraz rządy swoje  rozpoczyna slow food oraz jego „syjamski brat” comfort food w myśl zasady zwerbalizowanej przez gwiazdę „Kuchennych rewolucji” – „(…) dobre jedzenie potrafi zmieniać rzeczywistość, szczególnie wtedy, gdy podane jest z miłością”.

Magda Gessler zrewolucjonizowała ponad sto restauracji. Robi wrażenie? Mimo wielu kontrowersji, które wzbudza jej sposób bycia, nie sposób zaprzeczyć, że zrobiła bardzo wiele dla polskiej gastronomii. Niektórzy zarzucają jej, że nie jest w stu procentach skuteczna, że w swoim programie odziera ludzi z prywatności i wchodzi z butami w ich życie. Innym przeszkadza jej fryzura, stosunek do personelu i właścicieli, to, że nie przebiera w słowach. Cóż… parafrazując Elżbietę Bieńkowską, można powiedzieć „Sorry, ale taka jest konwencja programu” – nikt nikogo nie zmusza do udziału, a pani Gessler udowadnia, że w branży restauracyjnej nie da się oddzielić osoby właściciela od jego interesu (jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało). Nie zostawia żadnych złudzeń i podkreśla, że wybitne restauracje to wynik ciężkiej pracy, a pozbywanie się złych nawyków można porównać do odrąbywania kończyny.

DSC_0003-1024We wstępie zatytułowanym „Kuchnia pełna barw” pani Magda wspomina swoje dziecięce kolekcje kolorowych wycinków z gazet i marzenia o upiększaniu świata. Z perspektywy czasu ocenia te zabawy jako wprawkę przed „Kuchennymi rewolucjami” i porównuje swoją przygodę z programem do bajki, w której nic nie dzieje się bezwarunkowo, czyli „Będziesz leczyć chore restauracje, wyprowadzisz je na prostą, ale masz na to za każdym razem tylko cztery dni”. I może to porównanie do bajki jest nieco upraszczające i infantylne, niektórych może z tego względu razić, ale nie można mu odmówić logiki, ponieważ podobnie jak w tego typu historiach i tutaj bohater musi napotkać wiele trudności zanim nastąpi happy end (a skoro to jest jednak życie a nie bajka, to szczęśliwego zakończenia czasem nie ma, są za to pozwy i szarpanie się na łamach tabloidów). Jakież to trudności napotyka rewolucjonistka? Jednym tchem wymienia: uprzedzenia właścicieli, brak współpracy oraz niezrozumiałą wrogość i paradoksalnie… niechęć do zmian.

Dlaczego oprócz menu kreatorka smaku zmienia również wystrój lokali? Jest to zagrywka psychologiczna mająca sprawić, żeby właściciele nabrali pewności siebie i uwierzyli, że ich restauracja może osiągnąć sukces – „bo bez tej wiary sukcesu nie będzie”. Jest jeszcze jeden czynnik, który wspomaga szansę na powodzenie, pozwolę sobie to nazwać oczyszczeniem karmy – trzeba zażegnać rodzinne konflikty, przestać chować do siebie urazy i po prostu wybaczyć.

Nie mam zamiaru streszczać i interpretować całego wstępu. Napiszę tylko, że można się z niego dowiedzieć, dlaczego pani Magda stosuje terapię szokową i jakie są metody jej pracy. Dowiemy się również, że przepisem na restaurację są „produkty, ludzie i miejsce”. Jednak same składniki to za mało, trzeba jeszcze umieć się nimi posługiwać – może dla kogoś ta książka będzie wskazówką.

DSC_0014-1024Książka, którą mam przyjemność recenzować, jest konsekwentną kontynuacją programu telewizyjnego i drugim tomem zbioru przepisów. Oprócz receptur są w niej piękne zdjęcia potraw (ugotowanych przez Mirosława Strzelczyka i Macieja Borysiaka z Fukiera), wykonane specjalnie na potrzeby książki przez Adama Sztokiniera oraz „Garść pomocnych rad dla kochających gotować” i przemyśleń zawartych zarówno we wstępie zatytułowanym „Kuchnia pełna barw”, jak i w zakończeniu („Sekret dobrego smaku”). Trzonem natomiast jest 60 przepisów na dania, które zostały wprowadzone do kart „reanimowanych” restauracji od 5 sezonu. Znajdziemy tam:

DSC_0005-1024– 11 przepisów na przystawki – sporo propozycji z rybami, ale też zagadkowo dla mnie brzmiąca studzienina z kurczaka czy spätzle z boczkiem i serem.

 

 

DSC_0007-1024– 16 przepisów na zupy – przeważnie tradycyjne: flaki, kartoflanka, szczawiowa, krupnik. Intryguje mnie zupa cytrynowa z pulpecikami z baraniny i kusi też rosół z kaczki z łyżką żurawiny.

 

 

DSC_0009-1024– 4 przepisy na sałatki (z mango, nicejska, cezar i z kurczaka),

 

 

 

 

DSC_0010-1024– 5 przepisów na dania wegetariańskie (kluski śląskie z pesto, ratatouille, risotto z prawdziwkami, naleśniki z bryndzą, placki ziemniaczane),

 

 

DSC_0011-1024– 6 przepisów na ryby (aż trzy przepisy na dorsza, który dla mnie jest trudną rybą, więc myślę, że wypróbuję te pomysły)

 

 

 

DSC_0012-1024– 13 przepisów na mięsa – w końcu możemy uraczyć ukochanego mężczyznę podwójnym schabowym, albowiem Magda Gessler na stronie 122 zdradza jego sekret, ze strony 126 natomiast dowiemy się całej prawdy o hamburgerze. Zwolennicy tradycji będą mogli się zajadać gołąbkami w sosie pomidorowym, pieczoną gęsią lub golonką.

DSC_0013-1024– 5 przepisów na desery – uniwersalne lody migdałowe, przywołujący wspomnienia z dzieciństwa kisiel z czerwonych owoców,  pachnące wielkim światem mango lassi czy copa melba. A dla dużych dzieci – galaretka z piwa z prażonymi orzechami włoskimi.

 

Książka „Kuchenne rewolucje. Nowe przepisy Magdy Gessler” jest bardzo estetyczna i zarazem czytelna. Każdy przepis mieści się na jednej stronie, co jest plusem, bo nie trzeba odwracać kartki. Składniki są podawane w gramach (sporadycznie trafia się szklanka mąki czy łyżka cukru) lub w sztukach z podziałem na poszczególne elementy dania – sos, ciasto, masę itp. – jeśli jest taka potrzeba. W większości wypadków porcje są obliczone dla 4-6 osób. Obok każdego przepisu znajduje się zdjęcie potrawy, dokładnie odpowiadające temu, co jest w przepisie.

DSC_0006-1024Dla Magdy Gessler bardzo ważna jest tradycja kulinarna regionu, w którym znajduje się dany lokal. W jej programie zdarzają się, co prawda, wyjątki w postaci restauracji z kuchnią włoską czy gruzińską, ale w przeważającej większości wypadków, promuje szeroko pojętą kuchnię polską z wykorzystaniem lokalnych produktów najlepiej prosto od rolnika.

W recepturach pojawiają się również niewinne flirty z europejską kuchnią np. w postaci połączenia klusek śląskich z pesto, czy risotto z prawdziwkami. Przepisy na polską klasykę (szczególnie w rozdziale poświęconym ukochanym przez Polaków zupom) prezentują sposoby na proste potrawy w najlepszym ich wydaniu. Polecam wszystkim – zarówno wielbicielom, jak i przeciwnikom Magdy Gessler – w kuchni bowiem nie ma miejsca na animozje, liczy się tylko dobry smak. Tutaj go znajdziecie.

/wpis sponsorowany/

Pin It

„Pyszne 25. Nowa porcja przepisów” Anny Starmach

Pyszne 25. Nowa porcja przepisów
fot. Wydawnictwo Znak

„Pyszne 25” to zbiór 70 przepisów na potrawy, których wykonanie nie powinno trwać dłużej niż 25 minut i kosztować więcej niż 25 zł. Większość receptur jest obliczona na 3-4 osoby, czyli przy obecnych standardach zadowoli się nimi przeciętna rodzina o modelu 2+2 albo para wybitnych łakomczuchów.

Książka, tak samo jak pierwszy tom, jest podzielona na trzy części: na słono, na słodko i niezbędnik. W niezbędniku znajdują się porady uzyskane zarówno od szefów kuchni, jak i gospodyń domowych. Wskazówki mają różny stopień skomplikowania – od instrukcji jak ugotować jajka czy zrobić bułkę tartą po kandyzowanie pomarańczowej skórki. Ogólnie jednak rzecz biorąc, są to podstawy. Dzięki nim nawet największy laik poczuje się pewniej w zakamarkach swojej kuchni.

Składniki w większości przypadków są dostępne nawet w małych, osiedlowych sklepikach. Po niektóre bardziej wyrafinowane dodatki w postaci anchois, chorizo, tahini czy kaparów trzeba będzie wybrać się do większego marketu. Pojawiają się jednak rzadko, można więc powiedzieć, że spokojnie można wykonać lwią część propozycji, korzystając z tego, co przeciętny Polak ma w lodówce.

W części „Na słono” jena slonost kilka tradycyjnych i oryginalnych past kanapkowych, parę sposobów na wykorzystanie jajek, kilka przepisów na sałatki, zupy (przeważnie kremy), makarony, kasze, ryż i tarty. Mięsożercy znajdą pomysły na wołowinę, wieprzowinę, drób oraz ryby. Dla każdego coś dobrego.

DSC_0003-1024W dziale „Na słodko” panuje duża różnorodność – znaleźć można: ciasteczka, naleśniki, racuchy, omlety, muffiny, wynalazki z ciasta francuskiego, tarty i uwielbiane przeze mnie w dzieciństwie szyszki z ryżu preparowanego. Nie wiem, jakim cudem mogłam o nich zapomnieć! Urzekły mnie proste przepisy na desery z wykorzystaniem owoców, np. pieczone jabłka czy lody bananowe na patyku. „Na słodko” to nie tylko desery, ale również propozycje obiadowo-kolacyjne: knedle ze śliwkami, racuchy z serem oraz naleśniki.

Zdjęcia potraw są bardzo apetyczne i plusem jest fakt, że nie są kupione ze stocków tylko wykonane specjalnie do książki.

DSC_0008-1024 DSC_0009-1024 DSC_0011-1024Fotografie przedstawiające Anię są bardzo pozytywne i pokazują gotowanie jako świetną zabawę, relaks i przyjemność. Opatrzenie każdego przepisu krótkim wstępem, często zawierającym osobiste wspomnienia autorki, sprawia, że korzystanie z książki przypomina gotowanie z przyjaciółką.DSC_0005-1024 DSC_0006-1024Jeśli chcecie sprawić sobie tę książkę, to mam dla Was niespodziankę 😉 Dla 100 pierwszych Czytelników mojego bloga Wydawnictwo Znak przygotowało promocję 50 zł upustu przy zakupach za minimum 150 zł. Wystarczy skorzystać z linka http://www.znak.com.pl/agatagotuje, aby otrzymać kod rabatowy. Polecam, bo za stówkę można sobie sprawić kilka interesujących książek – nie tylko kucharskich.

Pin It

„Moje wypieki i desery” Doroty Świątkowskiej

O blogu Moje wypieki dowiedziałam się przeszło dwa lata temu od przyjaciółki i muszę przyznać, że był to w pewnym sensie moment przełomowy w moim życiu, bo wcześniej nie zwracałam kompletnie uwagi na kulinarną blogosferę. Gotowałam i piekłam „z głowy” oraz z książek kucharskich. Gdy nie mogłam znaleźć w mojej biblioteczce przepisu na interesującą mnie potrawę, to szukałam w Internecie, ale nie zatrzymywałam się dłużej na żadnym z blogów i rzadko do nich wracałam. Przeglądając blog Doroty popadłam w uzależnienie i uświadomiłam sobie, jaki ogrom pracy w niego włożyła, jak ważna jest dla swoich czytelników i ile znaczą oni dla niej. Bardzo cenię ją za to, że nie podmienia swoich pierwszych zdjęć z początków blogowania. Dzięki temu widać jak się rozwijała i dodaje to wiatru w skrzydła tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z pieczeniem/gotowaniem i fotografią.

moje-wypieki-i-desery-b-iext23218339„Moje wypieki i desery” to druga książka Doroty Świątkowskiej. Pierwsza cieszyła się ogromnym powodzeniem i błyskawicznie znikała ze sklepowych półek (ale mi akurat nie udało się jej nabyć). Dla mnie i dla rzeszy blogerów kulinarnych jest to ważna pozycja, bo udowadnia, że pasja, systematyczna praca, samodoskonalenie, otwartość na nowinki i zmysł artystyczny są kluczem do osiągnięcia sukcesu. Tradycyjna forma publikacji jest niemalże jak pomnik postawiony za zasługi 😉

Autorka we wstępie skromnie zauważa, że choć nie wszyscy to wiedzą, to każdy potrafi piec. Wystarczy mieć dobre przepisy i wysokiej jakości składniki. „Ci, którzy odważyli się sami gotować, już wiedzą, że to wielka przyjemność i satysfakcja”. Dorota bez żadnych wątpliwości zapewnia pierwszy czynnik ułatwiający osiągnięcie sukcesu – receptury.

Pewnie się niektórzy zastanawiają, po co kupować książkę, której treść w 95% jest ogólnodostępna w Internecie. Można wymienić kilka powodów, np. to, że nie będziemy musieli biegać od kuchni do komputera, żeby zobaczyć co dalej, oszczędzimy sobie trudu przepisywania receptury na kartkę czy też drukowania jej – nie będą nam więc po mieszkaniu latać luźne kartki. Nie muszę chyba dodawać, że to wielka przyjemność mieć w domu pięknie wydaną książkę 😉

„Moje wypieki i desery” zawierają 164 przepisy na różne słodkości znane doskonale z bloga oraz kilka przepisów jeszcze nie publikowanych w Internecie. Ta mała wypiekowa biblia jest podzielona na następujące rozdziały:

Babeczki i muffinki – 4 nowe przepisy
Ciasteczka
Tarty i ciasta kruche – 3 nowe przepisy
Bezy i ciasta bezowe
Ciasta drożdżowe
Serniki – 1 nowy przepis
Torty
Od sasa do lasa
Desery

Książka zawiera również tzw. przepisy specjalne, czyli przepisy na dodatki używane do wypieków (lukier, kruszonka, lemon curd, masa krówkowa, rozczyn ze świeżych drożdży) oraz instrukcje dotyczące przygotowywania lodów bez maszynki, ciasta drożdżowego w maszynie do pieczenia chleba, pieczenia sernika w kąpieli wodnej czy rozpuszczania w owej kąpieli czekolady lub ubijania jajek.

Sposoby wykonania potraw nie są tak obszernie opisane jak na blogu, są jednak starannie zredagowane i podzielone na etapy. Trochę mi brakuje podziału na akapity, bo czcionka jest dość mała i łatwo się zgubić w tekście. Nie zmienia to jednak faktu, że instrukcja wykonania potrawy jest tak sformułowana, że największy laik pojmie, o co chodzi.
Ktoś mógłby się czepiać, że listy składników nie są konsekwentnie pisane. Raz jest podawana tylko gramatura, innym razem szklanki i łyżki. Nie przeszkadza to wcale w korzystaniu z książki, ponieważ na jej końcu znajduje się przelicznik kuchenny. Można zatem powiedzieć, że jest to ukłon autorki w stronę tych czytelników, którzy nie używają w kuchni wag.

Bardzo lubię w książkach kucharskich obecność wszelakich indeksów. Skutecznie zastępują one używane na blogach tagi i kategorie. W książce Doroty znajduje się indeks alfabetyczny oraz indeks rzeczowy (podzielony na: alkohole, bakalie, batony, ciastka, cukierki, owoce, przetwory owocowe i inne). Redakcja zrobiła zatem wszystko, żeby korzystanie z książki było maksymalnie sprawne i szybkie.

Muszę jednak zauważyć, że mimo opieki dwóch korektorek zdarzają się drobne wpadki*, np. rozbieżności między nazwą w spisie treści a w przepisie (‚torcik’ a w tytule przepisu ‚tort’, różnie pisany ‚3Bit’), stracciatella przez jedno ‚c’ (a na blogu pisane prawidłowo), informacja przy torcie, że jest to przepis na 9-10 babeczek, czy brak kilku kropek. Są to jednak drobnostki, ale musiałam o nich wspomnieć, żebyście mi nie powiedzieli, że lukrowaną laurkę próbuję Wam wcisnąć 😛

Dziękuję Wydawnictwu Egmont za egzemplarz recenzencki książki.

* Dostałam info z wydawnictwa, że ukazał się już dodruk książki i w nowych egzemplarzach wszystko zostało dopięte na ostatnio guzik 🙂

Pin It