Ciasto czekoladowe, tudzież brownie, i słów kilka o Donnie Hay

Jakiś czas temu zażyczyłam sobie na urodziny najnowszą książkę Donny Hay „Szybko, prosto, świeżo”. Kiedy została złożona na moje trzydziestoletnie ręce, które lekko się ugięły, poczułam, że kondycja już nie ta – tomiszcze waży prawie 1,5 kg i ma dość niepraktyczne rozmiary, które bardziej pasują do albumów fotograficznych, które przegląda się w ciszy i skupieniu z kieliszkiem czegoś dobrego w dłoni, niż do książki kucharskiej. I właśnie taką albumową konwencję ma to wydanie – mnóstwo w nim pięknych, jasnych i wysmakowanych fotografii, często całostronicowych. Mało to praktyczne, gdy chce się ugotować coś z przepisów zawartych w tej książce. Poza tym zajmuje strasznie dużo miejsca na kuchennym blacie, no i jest tak ładna, że aż strach ją zachlapać.

Wracając do fotografii, to moim zdaniem efekt psują komentarze naniesione na niektóre zdjęcia dużą, irytującą, niby odręczną czcionką. Bywają jednak zabawne, np.: „ten pudding głaszcze podniebienie, w dodatku robi się sam”. Jeśli ktoś lubi gawędziarski klimat, który w swoich książkach kucharskich tworzy np. Nigella, to ta pozycja też mu się spodoba. Jeśli ktoś jest blogerem kulinarnym albo interesuje się fotografią, to będzie się pieścił z tą książką godzinami (tym bardziej, że w ostatnim rozdziale znajduje się sporo wskazówek związanych ze stylizacją).

Przechodząc do przepisów, bo to w sumie jest najważniejszą kwestią, to przyznam się, że po kilkuminutowym przejrzeniu książki ucieszyłam się, że dostałam ją w prezencie a nie kupiłam, bo w oczy rzuciły mi się carbonara, caprese, brownie, zupa z boczkiem i soczewicą oraz z pieczonej dyni, które nie powalają oryginalnością. O Bożenko, pomyślałam, tyle złotówek za książkę, która jest tak odtwórcza! Dałam jej jednak drugą szansę i następnego dnia zajrzałam do niej, gdy Panna Grymaśna zaliczała południową drzemkę.

„Szybko, świeżo, prosto” okazała się kopalnią pomysłów na makarony, ryby, sałaty oraz mięsa (nie mogę się doczekać, aż wypróbuję schab wieprzowy glazurowany w porto i miodzie z niebieskim serem pleśniowym) i interesujące desery, np. zdekonstruowane tiramisu. Dania te w założeniu mają być mało zajmujące i bez zażenowania można użyć w nich półproduktów. Donna Hay uważa, że nie można poświęcać czasu gotowaniu kosztem życia rodzinnego i własnych przyjemności – trochę mnie to otrzeźwiło, bo doba nie jest z gumy, a ja nie jestem ze stali, czasem trzeba odsapnąć i dać sobie na luz.

W myśl mojej zasady: „gdy ci smutno, gdy ci źle, zjedz sobie brownie – zakituj się…” na pierwszy rzut przy testowaniu przepisów książki poszło ciasto czekoladowe prezentowane poniżej. Klasyka w czystej postaci. Godna polecenia i skuteczna jako chandrołamacz (gorzka czekolada w połączeniu z całkiem sporą ilością migdałów).

brownie ciasto czekoladowe 01a-1024

Składniki (na tortownicę o średnicy 22 cm):

  • 375 g gorzkiej czekolady
  • 125 g masła
  • 175 g brązowego cukru trzcinowego
  • 35 g mąki pszennej
  • 2 łyżki mleka
  • 120 g mąki migdałowej (albo zmielonych migdałów)
  • 5 jajek
  • kakao do oprószenia

Czekoladę połam na drobne kawałki albo posiekaj.

W rondelku rozpuść masło i wrzuć do niego czekoladę. Mieszaj, aż się rozpuści, następnie dodaj cukier trzcinowy, przesianą pszenną mąkę, mleko i mąkę migdałową. Ja takiej mąki nie miałam na stanie, więc wrzuciłam do malaksera 120 g migdałów w płatkach i zmiksowałam je na pył. Dały radę.

Do masy czekoladowej wbij jajka i dokładnie wymieszaj. Masę wylej do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Formę przykryj aluminiową folią i wstaw do piekarnika nagrzanego do 170ºC na 40 minut.

Po upieczeniu zdejmij folię i pozwól ciastu ostygnąć w formie. Przed podaniem oprósz kakao.

brownie ciasto czekoladowe 01b-1024

brownie ciasto czekoladowe 03-1024

Pin It

„Zbrodnia i wina” Michał Bardel

Opracowania monograficzne, również te traktujące o produktach spożywczych, bardzo często są przeraźliwie nudne, przesycone naukowym językiem, który dla laika brzmi niczym przeintelektualizowany bełkot. Opasłe dzieła tego typu podniecają tylko znawców tematu (a i to tylko przez chwilę) albo służą jako ozdoba regału z książkami, dodając właścicielowi kilka punktów w dziedzinie obycia i erudycji.

Niedawno w moich rękach znalazła się pozycja, która mimo tego, że jest kompendium wiedzy o winach, jest również porywająca. „Zbrodnia i wina” Michała Bardela to sensacyjny przewodnik po winach świata. Sensacyjny głównie dlatego, że składa się z opowieści, w których szlachetne trunki i rozmaite zbrodnie stanowią nierozłączną parę. Już sam tytuł jest dwuznaczny, bo w zestawieniu z kryminalnym motywem, kwestia wina czy winy jest puszczeniem oka w stronę czytelnika. Sensacyjne i zarazem rewelacyjne podejście do tematu. Nikt chyba lepiej niż sam autor nie wyjaśni, skąd taka idea: „Umyśliłem sobie jakiś czas temu tropić związki wina z szeroko pojętym rzemiosłem przestępczym, bo podobnie jak ogromna część naszego społeczeństwa podzielam od lat dziecięcych niezdrową fascynację ciemną stroną ludzkiej duszy, która każe nam kraść, zabijać, szantażować i fałszować, a którą jakoś bez większych trudności udaje mi się pogodzić z równie niezdrową fascynacją winem” (s. 7).

Bardel_Zbrodniaiwina_500pcx
fot. Wydawnictwo Znak – kliknij, aby przejść na stronę

Michał Bardel, smakosz i podróżnik, jest redaktorem naczelnym magazynu „Czas Wina”, jurorem międzynarodowego konkursu winiarskiego Mundus Vini i kierownikiem studiów Wiedza o winie w Collegium Civitas w Warszawie. Na łamach „Czasu Wina” publikował cykl opowiadań pt. „Kroniki kryminalne”. Zwróciły one uwagę Wydawnictwa Znak, które zaproponowało Bardelowi napisanie książki o winach utrzymanej w tej konwencji. Oprócz wątku sensacyjnego w książce Bardela w bardzo lekki sposób jest podana solidna dawka wiedzy dotyczącej odmian winorośli, sposobów ich uprawy, technik wytwarzania z nich trunków oraz wskazówki, w jaki sposób dokonywać wyboru dobrych jakościowo win za cenę, która nie przyprawi nas o zawał serca. Dowiemy się z niej, czy dobre wina można znaleźć tylko w specjalistycznych sklepach winiarskich, czy też można wyszukać jakąś perłę na supermarketowej półce.

Książka powstawała w formie spontanicznie pisanych tekstów, a czynność ta odbywała się przeważnie w halach odlotów w trakcie licznych podróży. I właśnie ta spontaniczność przejawia się wyraźnie w warstwie językowej – dowcipnej, naturalnej, swobodnej, traktującej czytelnika po partnersku, ze zrozumieniem dla jego niewiedzy. Są takie momenty w czasie lektury, że człowiek zatapia się w niej całkowicie i czuje się tak, jakby siedział przy jednym stole z autorem, sącząc lampkę wina i wysłuchując jego monologu. Szczególnie dobrze poczucie humoru autora oddają jego porównania, np. „Barolo spotykane w sieciach dyskontowych za mnie więcej trzydzieści złotych mają się tak do oryginałów jak hulajnoga do ferrari”, „doprawdy łatwiej jest umieścić dziecko w polskim przedszkolu publicznym, niż dotrzeć do najlepszych roczników tego wina” czy, moje ulubione – „z etykietami jest trochę jak z ulotkami dołączanymi do leków. Jeśli nie mamy pod ręką dobrego doradcy (lekarza), lepiej umieć je przeczytać, nim pojawi się biegunka i świąd w miejscach intymnych”.

Wystarczy już rozważań o języku, napiszę teraz o konstrukcji samej książki. Dwanaście rozdziałów odpowiada dwunastu podróżom do miejsc, w których powstają najsławniejsze wina i w których miały miejsce zbrodnie z nimi związane. Michał Bardel oprowadza nas po winnicach: Burgundii, Bordeaux, Mozeli, Langwedocji, Toskanii, Szwajcarii, Izraela, Piemontu, Szampanii, Doliny Rodanu, Południowej Afryki i Krety. Na zakończenie tej podróży, z trzynastego rozdziału „W gąszczu etykiet” możemy się dowiedzieć, w jaki sposób kupować dobre wina za rozsądne pieniądze i nie blamować się w oświeconym towarzystwie winiarzy uwielbieniem tylko dla wina określonego koloru czy kraju produkcji (np. już nie będziemy deklamować kwestii w rodzaju „moje ulubione wino to czerwone wytrawne z Chile”).

Kwestia zakupu odpowiedniego wina przypomina Bardelowi rozwiązywanie kryminalnej zagadki. Tak jak detektyw musi odpowiedzieć sobie na pytania: kto? gdzie? kiedy? czym? dlaczego? – tak konsument, aby zakupić odpowiednie wino, powinien znać odpowiedź na pięć zagadkowych kwestii:
na co to wino? – czy do posiłku, podumania nad kieliszkiem, czy też do podania jako aperitif – autor wyjaśnia jakimi cechami powinny się charakteryzować odpowiednie trunki
za ile to wino? – i tutaj możemy się dowiedzieć, że za 100 zł można kupić mniej lub bardziej byle jakie wino w dyskoncie. Lepiej zatem skupić się na jakości – Bardel podpowiada, jak tę ocenić i gdzie można okazyjnie kupić butelkę czegoś naprawdę dobrego.
ile tego wina? – na przykładzie trzydaniowego posiłku autor pokazuje, ile kupić butelek, aby każde danie było należycie podkreślone
jakie to wino? – Bardel roztacza cały wachlarz typów wina, znacznie wykraczający poza zwyczajne białe, różowe czy czerwone tudzież wytrawne, półwytrawne albo słodkie.
do czego to wino? – czyli w największym skrócie, w jaki sposób prawidłowo dobrać trunek do określonej potrawy

Na końcu przewodnika znajduje się słownik pojęć winiarskich oraz słownik szczepów winogron, a same terminy są w tekście oznaczone innym kolorem, co w osobie, takiej jak ja, która ostatnio wiele czasu spędza w Internecie, wyzwala chęć „kliknięcia” ich okiem.

Ze słownika możemy się dowiedzieć: kim jest sommelier, kiper czy winemaker; co oznaczają skróty: VDQS, INAO, AOC; na czym polega degustacja w ciemno, maceracja i szaptalizacja; poznać wielkie postaci, np. Bartolo Mascarella czy Hugh Johnsona; zgłębić zagadnienie stajennych aromatów, szlachetnej pleśni, grand cru, koła aromatów, riservy i kupażu. To tylko nieliczne pojęcia, których znajomość pozwala na swobodne poruszanie się po pozornym polu minowym, którym jest zakup i smakowanie dobrych win. Dzięki temu przewodnikowi przechadzka po owym polu zamieni się w bezpieczny, przyjemny spacer po winogradach całego świata.

Wiedza umiejętnie przyprawiona motywem bandyckich akcji, ekscytujące historie podsumowane edukacyjnym komentarzem, czerwień krwi i swąd spalenizny kontrastujące z głębokimi, bogatymi smakami i bukietami najdroższych win – tak najkrócej można scharakteryzować „Zbrodnię i wina”. Przestępstwa opisywane na kartach tego przewodnika są różnego kalibru: od szantażu, przez oszustwa po trucicielskie próby (dolewanie do wina metanolu albo arszeniku). Po każdej dawce adrenaliny przychodzi pora na porcję nauki, która jest podana tak przystępnie, że przyswaja się ją równie lekko jak ploteczki z Pudelka.

/wpis sponsorowany/

Pin It

„Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy” Julity Bator

Zdrowe odżywianie stało się niebywale modne w kręgach aspirujących do „średniej klasy wyższej”. Nie wypada publicznie się przyznawać do karmienia dzieci papkami ze słoików i gotowymi kaszkami z mlekiem modyfikowanym. Mamy prześcigają się w samodzielnym komponowaniu najwymyślniejszych purée dla niemowląt i licytują się, która lepiej zna schemat rozszerzania diety. Pocztą pantoflową z prędkością światła roznoszą się informacje, gdzie można kupić najwięcej certyfikowanych produktów z zielonym listkiem. Kto jest w stanie więcej zapłacić za eko-kurczaka, ten jest królem. Kto nie wypija rano zielonego koktajlu, nie ma stajlu. I takie tam. W niektórych środowiskach po sos do spaghetti, butelkę pepsi i słone paluszki trzeba wychodzić późnym wieczorem i niemal w kominiarce. Wypada natomiast znać wszystkie targowiska w promieniu co najmniej 15 kilometrów, gdzie można kupić warzywa „od rolnika” (jakby były jakieś inne) a szczytem lansu są samodzielne, cotygodniowe wyprawy do „chłopa” po marchew i kuraka na niedzielny rosół. Chyba stąd wzięło się przekonanie, że „zdrowe” żywienie jest drogie, czaso- i pracochłonne oraz wymaga dużego zaangażowania.

W szkołach nie uczy się o jedzeniu. Jest wiedza o społeczeństwie, wiedza o kulturze, wiedzy o zdrowym odżywianiu w programie nauczania brak. Nic dziwnego zatem, że większość z nas niewiele wie o mechanizmach wytwarzania żywności, nie potrafi czytać ze zrozumieniem etykiet (echh, etykiety to czubek góry lodowej), mało kto wie, czym są np. emulgatory i do czego służą. Na szczęście powstają rozmaite organizacje w duchu slow food, które tylnymi, żeby nie powiedzieć kuchennymi, drzwiami wkraczają do szkół i prowadzą z dziećmi warsztaty w ramach zajęć dodatkowych. Wielu czołowych kucharzy, na czele z Grzegorzem Łapanowskim, jeździ po Polsce i szkoli kulinarnych adeptów, ucząc rozpoznawania wartościowych produktów i przygotowywania z nich smacznych posiłków.

Nie każdy ma jednak możliwość skorzystać z tych inicjatyw. Każdy może natomiast przeczytać książkę Julity Bator, o której już kiedyś wspominałam oraz zapoznać się z jej ciągiem dalszym, o którym teraz będę pisać. „Zamień chemię na jedzenie” wydane w 2013 roku przez Znak to poradnik, w którym autorka szeroko opisała mechanizm zmiany diety w jej rodzinie i pozytywny wpływ tej rewolucji na zdrowie jej dzieci. Tegoroczne wydanie to kontynuacja w postaci typowej książki kucharskiej – stanowi zbiór nowych 80 przepisów (w pierwszym tomie przepisów była podobna liczba – komplet tworzy całkiem niezłe zaplecze inspiracji).

fot. Wydawnictwo Znak
fot. Wydawnictwo Znak

Książka, w moim odczuciu, jest skierowana głównie do tych, którzy zapoznali się z poradnikiem. Ci, którym jest on nieznany, mogą sobie co chwila zadawać pytanie „ale o co chodzi?”. Na listach składników bowiem obok nazw produktów są podane w nawiasach wszystkie niepożądane dodatki. Ktoś, kto nie zwraca uwagi na etykiety, może nie wiedzieć, co jest w nich złego. Taką wiedzę niesie wspomniany wcześniej poradnik.

„Zamień chemię na jedzenie. Nowe przepisy” powstały, jak autorka wspomina we wstępie, w opozycji do innych wydawnictw tego typu, w których przepisy są przeważnie skomplikowane i z przeznaczeniem na specjalne okazje. Nieco dziwi mnie taka opinia, bo śledząc rynek nowości, zauważyłam rosnącą popularność pozycji z łatwymi przepisami na niedrogie dania dla zabieganych. W Internecie wg Julity Bator można znaleźć moc przepisów na zdrowe dania, ale bardzo często są one zwyczajnie niesmaczne. Oto jak ona sama charakteryzuje swój zamysł: „nie jest to książka kucharska w ścisłym znaczeniu tego słowa. Nie jestem bowiem zawodową kucharką, mimo że mój sześcioletni syn jest święcie przekonany, iż jego mama taki właśnie ma zawód. To książka o tym, że przyrządzanie posiłku nie musi być żmudnym, wykańczającym zajęciem, że może być proste, czasem nawet bardzo twórcze, a przede wszystkim satysfakcjonujące” (s. 11)

Teraz nieco o strukturze książki. Podzielona jest na 10 rozdziałów:
– Mało nas, mało nas do pieczenia chleba, czyli CHLEB I CO DO CHLEBA?
– Szkoła óczy, czyli CO DO SZKOŁY?
Green generation, czyli CO DO PRACY?
– Analiza spożywcza, czyli PRZEMYCANIE WARTOŚCI ODŻYWCZYCH
– Opowieść wigilijna, czyli CO NA BOŻE NARODZENIE?
– Odrobina Bullerbyn w Polsce, czyli CO NA WIELKANOC?
– Cukier krzepi, czyli SŁODYCZE I DESERY
– Niech żyje bal, czyli CO NA KINDER PARTY?
– Domowy bar szybkiej obsługi, czyli ZROWY FAST FOOD
– Co do picia, czyli KAWA CZY HERBATA?

zamien chemie na jedzenie 02-1024

Dodatkowo znaleźć możemy spis przepisów, które są podzielone na: śniadanie i kolację, dania obiadowe, napoje, słodycze, przekąski i desery. Na końcu umieszczono również alfabetyczny spis składników, który również ułatwia poruszanie się po książce. W ramach bonusu, mającego za zadanie potwierdzanie tez autorki, umieszczono kilka cytatów z blogosfery.

Każda potrawa jest sfotografowana, niektóre mają dodatkowe zdjęcia pomocnicze. Fotografie są dziełem Jakuba Batora, męża Julity. Utrzymane są w prostej, domowej i przytulnej konwencji – nie jest to fotografia studyjna na drogiej zastawie z perfekcyjnie lśniącymi sztućcami i idealnie upozowanym listkiem sałaty. Ogólnie to wydanie jest znacznie przyjemniejsze dla oka i dłoni niż poprzednie – twarda, lśniąca okładka, dobrej jakości, gruby papier, strony są szyte.

zamien chemie na jedzenie 03-1024

zamien chemie na jedzenie 04-1024

Poziom trudności przepisów to maksymalnie średnio trudny. Zdecydowana większość jest wybitnie łatwa. W książce mieszczą się potrawy zarówno modne, jak i tradycyjne, jednoskładnikowe i bardziej wyszukane. Znaleźć można receptury na specjały regionalne (proziaki i piróg biłgorajski) i dania na wynos – do pracy albo do szkoły. Dodatkowo można odnaleźć kilka dość podstępnych i przydatnych zagrywek, które mają na celu przechytrzenie dzieci i skłonienie ich do jedzenia zdrowej żywności (np. zapieczenie paczuszek z tortilli w tosterze).

zamien chemie na jedzenie 06-1024

Przeglądając przepisy, gdzie na liście składników są uwagi dotyczące substancji niepożądanych, można sobie uświadomić, że zdrowe gotowanie wcale nie jest trudne i nie wymaga wyjątkowych surowców ze specjalistycznych sklepów. Gdy skompletujemy w kuchni zestaw bezpiecznych produktów i wydreptamy ścieżki do półek z nieprzetworzoną żywnością (nawet w super-hiper-duper marketach), łatwo nam będzie komponować posiłki, które będą pełne wartości odżywczych i dostarczą zdrowej energii oraz składników niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania. Na liście ingrediencji u Julity Bator często pojawia się cukier, ale nierafinowany – bywa zastępowany przez inne słodziwa w postaci miodu czy daktyli. Zamiast zwyczajnej mąki pszennej, autorka proponuje mąkę orkiszową. Do wielu potraw jest potrzebna sól, ale trzeba zwrócić uwagę, aby nie zawierała antyzbrylacza, czyli żelazocyjanku potasu.

zamien chemie na jedzenie 01-1024

Jedynym mankamentem, który zwrócił moją uwagę i trochę irytował, jest dość toporny styl wstępów przed każdym z rozdziałów. Czasem odnosiłam wrażenie, że były przez autorkę pisane na siłę. Dowcip, jeśli się pojawiał, to był mocno ugrzeczniony, rzekłabym nawet, że z brodą po sam pas. Dla młodszego czytelnika, od rocznika ’90 wzwyż, może mieć on jednak jakiś urok świeżości.

/wpis sponsorowany/

Pin It

„Kuchenne rewolucje. Nowe przepisy Magdy Gessler”

Gessler_Kuchennerewolucje2_500pcx
fot. Wydawnictwo Znak

Jeśli chodzi o kulinarne upodobania Polaków, mamy do czynienia z bardzo pozytywnym zjawiskiem. Kończy panowanie podłej jakości fast food. Teraz rządy swoje  rozpoczyna slow food oraz jego „syjamski brat” comfort food w myśl zasady zwerbalizowanej przez gwiazdę „Kuchennych rewolucji” – „(…) dobre jedzenie potrafi zmieniać rzeczywistość, szczególnie wtedy, gdy podane jest z miłością”.

Magda Gessler zrewolucjonizowała ponad sto restauracji. Robi wrażenie? Mimo wielu kontrowersji, które wzbudza jej sposób bycia, nie sposób zaprzeczyć, że zrobiła bardzo wiele dla polskiej gastronomii. Niektórzy zarzucają jej, że nie jest w stu procentach skuteczna, że w swoim programie odziera ludzi z prywatności i wchodzi z butami w ich życie. Innym przeszkadza jej fryzura, stosunek do personelu i właścicieli, to, że nie przebiera w słowach. Cóż… parafrazując Elżbietę Bieńkowską, można powiedzieć „Sorry, ale taka jest konwencja programu” – nikt nikogo nie zmusza do udziału, a pani Gessler udowadnia, że w branży restauracyjnej nie da się oddzielić osoby właściciela od jego interesu (jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało). Nie zostawia żadnych złudzeń i podkreśla, że wybitne restauracje to wynik ciężkiej pracy, a pozbywanie się złych nawyków można porównać do odrąbywania kończyny.

DSC_0003-1024We wstępie zatytułowanym „Kuchnia pełna barw” pani Magda wspomina swoje dziecięce kolekcje kolorowych wycinków z gazet i marzenia o upiększaniu świata. Z perspektywy czasu ocenia te zabawy jako wprawkę przed „Kuchennymi rewolucjami” i porównuje swoją przygodę z programem do bajki, w której nic nie dzieje się bezwarunkowo, czyli „Będziesz leczyć chore restauracje, wyprowadzisz je na prostą, ale masz na to za każdym razem tylko cztery dni”. I może to porównanie do bajki jest nieco upraszczające i infantylne, niektórych może z tego względu razić, ale nie można mu odmówić logiki, ponieważ podobnie jak w tego typu historiach i tutaj bohater musi napotkać wiele trudności zanim nastąpi happy end (a skoro to jest jednak życie a nie bajka, to szczęśliwego zakończenia czasem nie ma, są za to pozwy i szarpanie się na łamach tabloidów). Jakież to trudności napotyka rewolucjonistka? Jednym tchem wymienia: uprzedzenia właścicieli, brak współpracy oraz niezrozumiałą wrogość i paradoksalnie… niechęć do zmian.

Dlaczego oprócz menu kreatorka smaku zmienia również wystrój lokali? Jest to zagrywka psychologiczna mająca sprawić, żeby właściciele nabrali pewności siebie i uwierzyli, że ich restauracja może osiągnąć sukces – „bo bez tej wiary sukcesu nie będzie”. Jest jeszcze jeden czynnik, który wspomaga szansę na powodzenie, pozwolę sobie to nazwać oczyszczeniem karmy – trzeba zażegnać rodzinne konflikty, przestać chować do siebie urazy i po prostu wybaczyć.

Nie mam zamiaru streszczać i interpretować całego wstępu. Napiszę tylko, że można się z niego dowiedzieć, dlaczego pani Magda stosuje terapię szokową i jakie są metody jej pracy. Dowiemy się również, że przepisem na restaurację są „produkty, ludzie i miejsce”. Jednak same składniki to za mało, trzeba jeszcze umieć się nimi posługiwać – może dla kogoś ta książka będzie wskazówką.

DSC_0014-1024Książka, którą mam przyjemność recenzować, jest konsekwentną kontynuacją programu telewizyjnego i drugim tomem zbioru przepisów. Oprócz receptur są w niej piękne zdjęcia potraw (ugotowanych przez Mirosława Strzelczyka i Macieja Borysiaka z Fukiera), wykonane specjalnie na potrzeby książki przez Adama Sztokiniera oraz „Garść pomocnych rad dla kochających gotować” i przemyśleń zawartych zarówno we wstępie zatytułowanym „Kuchnia pełna barw”, jak i w zakończeniu („Sekret dobrego smaku”). Trzonem natomiast jest 60 przepisów na dania, które zostały wprowadzone do kart „reanimowanych” restauracji od 5 sezonu. Znajdziemy tam:

DSC_0005-1024– 11 przepisów na przystawki – sporo propozycji z rybami, ale też zagadkowo dla mnie brzmiąca studzienina z kurczaka czy spätzle z boczkiem i serem.

 

 

DSC_0007-1024– 16 przepisów na zupy – przeważnie tradycyjne: flaki, kartoflanka, szczawiowa, krupnik. Intryguje mnie zupa cytrynowa z pulpecikami z baraniny i kusi też rosół z kaczki z łyżką żurawiny.

 

 

DSC_0009-1024– 4 przepisy na sałatki (z mango, nicejska, cezar i z kurczaka),

 

 

 

 

DSC_0010-1024– 5 przepisów na dania wegetariańskie (kluski śląskie z pesto, ratatouille, risotto z prawdziwkami, naleśniki z bryndzą, placki ziemniaczane),

 

 

DSC_0011-1024– 6 przepisów na ryby (aż trzy przepisy na dorsza, który dla mnie jest trudną rybą, więc myślę, że wypróbuję te pomysły)

 

 

 

DSC_0012-1024– 13 przepisów na mięsa – w końcu możemy uraczyć ukochanego mężczyznę podwójnym schabowym, albowiem Magda Gessler na stronie 122 zdradza jego sekret, ze strony 126 natomiast dowiemy się całej prawdy o hamburgerze. Zwolennicy tradycji będą mogli się zajadać gołąbkami w sosie pomidorowym, pieczoną gęsią lub golonką.

DSC_0013-1024– 5 przepisów na desery – uniwersalne lody migdałowe, przywołujący wspomnienia z dzieciństwa kisiel z czerwonych owoców,  pachnące wielkim światem mango lassi czy copa melba. A dla dużych dzieci – galaretka z piwa z prażonymi orzechami włoskimi.

 

Książka „Kuchenne rewolucje. Nowe przepisy Magdy Gessler” jest bardzo estetyczna i zarazem czytelna. Każdy przepis mieści się na jednej stronie, co jest plusem, bo nie trzeba odwracać kartki. Składniki są podawane w gramach (sporadycznie trafia się szklanka mąki czy łyżka cukru) lub w sztukach z podziałem na poszczególne elementy dania – sos, ciasto, masę itp. – jeśli jest taka potrzeba. W większości wypadków porcje są obliczone dla 4-6 osób. Obok każdego przepisu znajduje się zdjęcie potrawy, dokładnie odpowiadające temu, co jest w przepisie.

DSC_0006-1024Dla Magdy Gessler bardzo ważna jest tradycja kulinarna regionu, w którym znajduje się dany lokal. W jej programie zdarzają się, co prawda, wyjątki w postaci restauracji z kuchnią włoską czy gruzińską, ale w przeważającej większości wypadków, promuje szeroko pojętą kuchnię polską z wykorzystaniem lokalnych produktów najlepiej prosto od rolnika.

W recepturach pojawiają się również niewinne flirty z europejską kuchnią np. w postaci połączenia klusek śląskich z pesto, czy risotto z prawdziwkami. Przepisy na polską klasykę (szczególnie w rozdziale poświęconym ukochanym przez Polaków zupom) prezentują sposoby na proste potrawy w najlepszym ich wydaniu. Polecam wszystkim – zarówno wielbicielom, jak i przeciwnikom Magdy Gessler – w kuchni bowiem nie ma miejsca na animozje, liczy się tylko dobry smak. Tutaj go znajdziecie.

/wpis sponsorowany/

Pin It

„Pyszne 25. Nowa porcja przepisów” Anny Starmach

Pyszne 25. Nowa porcja przepisów
fot. Wydawnictwo Znak

„Pyszne 25” to zbiór 70 przepisów na potrawy, których wykonanie nie powinno trwać dłużej niż 25 minut i kosztować więcej niż 25 zł. Większość receptur jest obliczona na 3-4 osoby, czyli przy obecnych standardach zadowoli się nimi przeciętna rodzina o modelu 2+2 albo para wybitnych łakomczuchów.

Książka, tak samo jak pierwszy tom, jest podzielona na trzy części: na słono, na słodko i niezbędnik. W niezbędniku znajdują się porady uzyskane zarówno od szefów kuchni, jak i gospodyń domowych. Wskazówki mają różny stopień skomplikowania – od instrukcji jak ugotować jajka czy zrobić bułkę tartą po kandyzowanie pomarańczowej skórki. Ogólnie jednak rzecz biorąc, są to podstawy. Dzięki nim nawet największy laik poczuje się pewniej w zakamarkach swojej kuchni.

Składniki w większości przypadków są dostępne nawet w małych, osiedlowych sklepikach. Po niektóre bardziej wyrafinowane dodatki w postaci anchois, chorizo, tahini czy kaparów trzeba będzie wybrać się do większego marketu. Pojawiają się jednak rzadko, można więc powiedzieć, że spokojnie można wykonać lwią część propozycji, korzystając z tego, co przeciętny Polak ma w lodówce.

W części „Na słono” jena slonost kilka tradycyjnych i oryginalnych past kanapkowych, parę sposobów na wykorzystanie jajek, kilka przepisów na sałatki, zupy (przeważnie kremy), makarony, kasze, ryż i tarty. Mięsożercy znajdą pomysły na wołowinę, wieprzowinę, drób oraz ryby. Dla każdego coś dobrego.

DSC_0003-1024W dziale „Na słodko” panuje duża różnorodność – znaleźć można: ciasteczka, naleśniki, racuchy, omlety, muffiny, wynalazki z ciasta francuskiego, tarty i uwielbiane przeze mnie w dzieciństwie szyszki z ryżu preparowanego. Nie wiem, jakim cudem mogłam o nich zapomnieć! Urzekły mnie proste przepisy na desery z wykorzystaniem owoców, np. pieczone jabłka czy lody bananowe na patyku. „Na słodko” to nie tylko desery, ale również propozycje obiadowo-kolacyjne: knedle ze śliwkami, racuchy z serem oraz naleśniki.

Zdjęcia potraw są bardzo apetyczne i plusem jest fakt, że nie są kupione ze stocków tylko wykonane specjalnie do książki.

DSC_0008-1024 DSC_0009-1024 DSC_0011-1024Fotografie przedstawiające Anię są bardzo pozytywne i pokazują gotowanie jako świetną zabawę, relaks i przyjemność. Opatrzenie każdego przepisu krótkim wstępem, często zawierającym osobiste wspomnienia autorki, sprawia, że korzystanie z książki przypomina gotowanie z przyjaciółką.DSC_0005-1024 DSC_0006-1024Jeśli chcecie sprawić sobie tę książkę, to mam dla Was niespodziankę 😉 Dla 100 pierwszych Czytelników mojego bloga Wydawnictwo Znak przygotowało promocję 50 zł upustu przy zakupach za minimum 150 zł. Wystarczy skorzystać z linka http://www.znak.com.pl/agatagotuje, aby otrzymać kod rabatowy. Polecam, bo za stówkę można sobie sprawić kilka interesujących książek – nie tylko kucharskich.

Pin It