O tym, jak doczekaliśmy się sąsiedzkiej interwencji

Przed 7 rano zapukała do nas sąsiadka. W piżamie i w bojowym nastroju. Powodem jej wizyty była Panna Grymaśna głośno obwieszczająca światu, że nie ma ochoty wstać z łóżka, ubrać się i iść do przedszkola.

Poprzedniego wieczoru Młoda nie mogła zasnąć, więc obudziła się w bardzo złym humorze, łagodnie mówiąc. Na wszystko reagowała płaczem i krzykiem. Po kilku próbach uspokojenia jej doszliśmy do wniosku, że z terrorystami nie negocjujemy i wyszliśmy z pokoju. Wrzeszczała zatem za nami.

Po chwili zmaterializowała się sąsiadka i bez zbędnych uprzejmości wypaliła w stronę Małża, który miał nieprzyjemność otworzyć drzwi:

– Mogę wiedzieć, co tu się dzieje, bo dzwonię na policję!
– To niech pani dzwoni! – odpowiedział hardo, lecz po chwili się zreflektował i dodał już bardziej polubownie. – Córka ma 3 lata, wczoraj nie mogła usnąć, jest niewyspana i ma swoje humorki. Czy pani nie miała małych dzieci?
– Miałam, ale to nie jest normalne, żeby dziecko tak wrzeszczało… – odwróciła się na pięcie i poszła do siebie.

Przyszła, postraszyła policją, spuściła z siebie ciśnienie, za to podniosła nam i poszła. Czy zrobiła coś dobrego? Nie. Gdyby Panna Grymaśna była maltretowanym dzieckiem pomogłaby interwencją w tym stylu? Nie. Jej przekaz był jasny – zróbcie coś z tym dzieckiem, bo mi relaks psuje. A, i macie nienormalne dziecko albo sami tacy jesteście.

Gdyby mój Małż ją potraktował analogicznie do tego, jak ona jego, to na tej klatce schodowej mogłoby dojść do bardzo nieprzyjemnej wymiany zdań. Miała szczęście, że w przeciwieństwie do córki i żony, Małż jest niesłychanie spokojnym człowiekiem.

A mogła zacząć na przykład w taki sposób:

– Dzień dobry, martwią mnie trochę te krzyki. Czy wszystko w porządku? Czy mogę jakoś pomóc? Sama miałam małe dzieci, więc chętnie coś poradzę…

Zwrócę się teraz do Ciebie, sąsiadko. Zrozum, że dla rodzica krzyk dziecka jest traumatycznym przeżyciem. I niekomfortowym.

Nam również zależy na tym, żeby takie sytuacje się nie zdarzały. Ale zrozum, sąsiadko, jeżeli to ma się skończyć, to wymagana jest konsekwencja. Konsekwencja przeważnie trwa dłużej niż 5 minut i nie polega na uleganiu dziecku dla własnej wygody. Staraliśmy się ją uspokoić, ale wyszliśmy z pokoju, bo nie chciała słuchać.

Nie zawsze mamy możliwość spać tak długo, aż się wyśpimy. My jesteśmy w okolicach trzydziestki, Ty sąsiadko, w okolicach pięćdziesiątki, jako tako panujemy nad swoimi emocjami (co do Ciebie, po dzisiejszym spotkaniu, mam wątpliwości). Dziecko potrzebuje jeszcze trochę czasu, żeby się tego nauczyć. I pamiętaj o tym, że jako różni ludzie nierzadko mamy też odmienne temperamenty.

To takie typowe dla pewnego gatunku ludzi, żeby dokuczyć komuś z rana, kopnąć leżącego, wyładować swoje frustracje, nie uruchomić empatii. Zezłościło mnie to, że nawet jeśli przyszłaś do nas z troski, to sprawiłaś wrażenie, jakby nie nie leżało Ci na sercu dobro naszego dziecka tylko własny komfort. Zdenerwowało mnie to, że nie dałaś szansy na dialog, tylko spuściłaś bombę i odeszłaś. Naprawdę, ta scena mogła wyglądać zupełnie inaczej i nie zostawić tylu złych uczuć. My byliśmy bezsilni, teraz jesteśmy oprócz tego zirytowani. Ty, sąsiadko, raczej też nie poprawiłaś swojego samopoczucia.

Nie będę jednak kryć, że należy Ci się mała pochwała za cywilną odwagę. Może kiedyś, jak jeszcze trochę potrenujesz, uda Ci się zareagować odpowiednio do sytuacji.

Pin It

Mleczny cyc w wielkim mieście

W świetle ostatnich wydarzeń (sprawa sądowa między matką karmiącą a restauratorem) toczy się społeczna dyskusja. Z jednej strony mamy są zachęcane do tego, by karmić piersią zawsze i wszędzie, nawet w miejscach publicznych, a z drugiej niektórzy głupio mądrzy porównują tę czynność z defekowaniem, puszczaniem bąków i innymi naturalnymi czynnościami (niektóre trolle robią wycieczki nawet w stronę seksu oralnego), których społeczeństwo nie toleruje w przestrzeni publicznej.

Przyznaję, że bywam zniesmaczona techniką uprawianą przez niektóre mamy – podciąganie bluzki pod szyję i obnażanie pełnego bufetu, prezentowanie przy okazji pociążowego brzuszka i wszystko to publicznie, jakby były Madonną na koncercie albo aniołkiem Victoria’s Secret. Jednak jeśli miałabym się głębiej zastanowić, to nigdy czegoś takiego nie widziałam „na żywo”, tylko w formie zdjęć, które viralowały w sieci. Czyli nie jest aż tak źle albo los jest dla mnie łaskawy. A nawet gdyby nie szczędził mi takich obrazów, to w przestrzeni publicznej jest wiele rzeczy, które przeszkadzają mi bardziej – np. niesprzątanie po swoim psie.

Publicznie a w miejscu publicznym – to zasadnicza różnica.

Publiczny, zgodnie z definicją słownikową, to „odbywający się przy świadkach, w sposób jawny” albo „dotyczący całego społeczeństwa lub jakiejś zbiorowości” bądź „dostępny lub przeznaczony dla wszystkich”. Nie chciałabym, aby moje piersi były dostępne dla wszystkich. Mój biust jest mój.

Miejsce publiczne natomiast to „teren lub pomieszczenie przeznaczone dla wszystkich ludzi, np. ulica, park, teatr”. Dla wszystkich, czyli również dla matek karmiących, które przecież nie są i nie powinny być zakładnikami swoich dzieci przebywającymi w areszcie domowym do czasu zakończenia laktacji.

breastfeeding-1350738_1920

Karmienie piersią może się odbywać w miejscu publicznym, ale dyskretnie – nie publicznie.

Karmiłam piersią dwoje dzieci i to dość długo. W pierwszym półroczu ich życia rzadko wychodziłam na dłużej, bo jesień i zima nie zachęcały mnie do wielogodzinnych wypraw. O karmieniu w innych miejscach niż domowe zacisze miałam niewielkie pojęcie.

Gdy dzieciaki nieco podrosły, a pogoda zaczęła sprzyjać, wychodziłam na dłużej z ssakami u boku i bywało, że czasem konieczność mnie zmuszała do ich nakarmienia. Zawsze w takich okolicznościach miałam na sobie odzież, która jest przystosowana do karmienia i coś, czym można było chłepczącego Stwora przysłonić. To nakrycie nie wynikało z pruderii, nie obnażałam też piersi w całej jej okazałości. Żeby zobaczyć sutek, ktoś musiałby stać mi nad głową i wpatrywać się weń jak sroka w gnat. Często dziecko tak zasłania pierś, że niektóre bluzki więcej odkrywają. Malarze na religijnych obrazach bardziej obnażali Matkę Boską.

virgin-mary-1260086_1920

Aby bezproblemowo karmić w każdej sytuacji, wystarczy zaopatrzyć się w specjalny stanik do karmienia, rozpinaną bluzkę albo taką o kroju kopertowym. Do okrycia dobrze sprawdza się szal kominowy albo chusta, tudzież nieśmiertelna tetrówka.

Widział ktoś kiedyś krokodyla, który złapał przechodzącą przez bród zebrę i zrobił z nią przewrót, żeby przetrącić jej kręgosłup? To samo może zrobić z piersią zaskoczone lub zainteresowane czymś dziecko. I wcale nie musi być uzębione. Naprawdę, dla własnego bezpieczeństwa, lepiej odciąć nadmiar bodźców zewnętrznych.

Karmiłam dzieci w parku, na plaży, na wyścigach konnych, na weselach, na spotkaniach towarzyskich. Drogie mamy, można przewidzieć, kiedy dziecko będzie potrzebowało piersi i wybadać teren, znaleźć ustronne miejsce, choćby w kącie sali dla wygody własnej i dziecka. Kiedyś, gdy  zapytałam obsługę lokalu o spokojne miejsce, w którym mogłabym dokonać tej czynności dostałam klucz do pokoju socjalnego i o toalecie nikt się nawet nie zająknął – naprawdę, jest zrozumienie w narodzie.

DSC_0094b-1024
Wybaczcie głupią minę, ale tak to jest ze zdjęciami z zaskoczenia. Tak, tam jest Panna Grymaśna. I je. Widzi ktoś coś?

Na koniec dodam, że nie można zapomnieć, że laktacja jest też powiązana z psychiką i zestresowana mama nie nakarmi do syta dziecka albo zajmie jej to o wiele więcej czasu.  W ostateczności, jeśli nie ma dokąd pójść, wystarczy się osłonić czymś i odwrócić na chwilę od szanownego zgromadzenia – pewnie nawet nie zauważą, że coś się stało.

Podsumowując – jak najbardziej jestem za tym, żeby wychodzić z maluszkami i zaspakajać ich głód tam, gdzie aktualnie się znajdują. Jak najbardziej w miejscach publicznych, jednak nie publicznie a dyskretnie.

Pin It

„Słomiana wdowa” to lepsza mama?

Weekend. Mama, tata i małe dzieci w domu. Mama krząta się, próbując ogarnąć sprawy, na które nie miała czasu w tygodniu, bo oprócz domowych obowiązków ma jeszcze ośmiogodzinny dzień pracy. U taty identyczna sytuacja. Do tego każde z nich, nie przyznając się przed tym drugim, próbuje choć na chwilę uciec przed dziećmi i mieć tę chwilę dla siebie, chociażby miało to oznaczać zamknięcie się w toalecie z książką czy smartphonem.

Cały tydzień czeka się na te dwa wolne dni, żeby np. nadgonić zaległości w dodatkowej pracy. Taką mamy rzeczywistość w naszym kraju, że czasem etat nie wystarczy, a sobota zamiast być dniem rodzinnym, jest „dniem ogarniania” – robimy wtedy zakupy, wielkie pranie, sprzątamy cały dom na niedzielę i takie tam przyjemności.

wash-878818_1920

A dzieciaki bujają się od rodzica do rodzica, kłócą się ze sobą lub biją, podkręcając nerwową atmosferę albo oglądają bajki, wywołując wyrzuty sumienia. Są co prawda próby podzielenia dnia: „ja do południa zajmę się dziećmi, żebyś mógł popracować nad projektem, a potem ty zrobisz dla mnie to samo po obiedzie”. Znacie to? Szczerze mówiąc, to rzadko kiedy działa.

Nie da się efektywnie pracować, kiedy co chwilę podchodzi dziecko i chce coś pokazać, porozmawiać akurat z mamą, pobawić się właśnie teraz z tatą czy po prostu się przytulić i pobyć razem. Niesamowicie przykry jest fakt, że w takich momentach myśli się o goniących terminach i czuje się frustrację zamiast radości.

tax-468440_1920

Dlatego uważam, że lepiej jest, kiedy jeden z rodziców może wyjść na cały dzień z domu, by zrobić swoje, i zostawić dzieci z drugim. Albo odwrotnie – gdy jest możliwość, żeby jedno z dwojga wyjechało gdzieś z potomstwem. Taki manewr trzeba zaplanować wcześniej, tak żeby każdy mógł sobie zarysować plan działań.

Ostatnio u nas było tak, że dwa tygodnie wcześniej zostałam poinformowana, że Małż musi pojechać w piątek do kolegi aż pod Żywiec, żeby zbudować mu kominek i wróci dopiero w niedzielę wieczorem. Wiedziałam więc, że trzeba nastawić się na to, że nie będę miała czasu na gotowanie i robienie „contentu na bloga”, a pracę, którą mam poza etatem, będę musiała podzielić sobie na etapy i małymi kroczkami zrobić jeszcze przed jego wyjazdem. Grunt to dać czas partnerowi, żeby mógł się przygotować. Głównie psychicznie.

soap-bubbles-766386_1280

Okazało się, że bycie „słomianą mamą” nie jest tak męczące, jak mogłoby się wydawać. Poświęcając dzieciom pełną uwagę uniknęłam wielu krzyków, które dotychczas nam towarzyszyły. Było o wiele spokojniej, bo dzieci widziały, że jestem tylko dla nich.

Człowiek Wyżerka i Panna Grymaśna pokazali, że potrafią się zgodnie bawić (trochę dłużej niż zazwyczaj). Była to też okazja do utrwalenia pewnych zasad, które czasem druga połówka łamała dla chwili świętego spokoju – dzieciaki potrzebują ściśle określonych ram, w obrębie których mogą się swobodnie poruszać. Naturalne jest jednak, że czasem będą próbowały przesuwać te granice i testować naszą cierpliwość i wytrzymałość. Machnięcie ręką na te zagrywki powoduje, że zaczynają przeginać, co jest męczące, również dla nich samych. Po tym weekendzie uświadomiłam sobie, że jednak mam posłuszne dzieci (ale pierwszego dnia miałam ochotę je zamknąć w szafie)!

W końcu miałam czas, żeby z nimi spokojnie porozmawiać, poczytać im, pójść na piknik. Wspólne zabawy bez ciągłego patrzenia na zegarek naprawdę sprawiają przyjemność! Poczułam się lepszą mamą. Ale szczerze mówiąc, za żadne skarby nie chciałabym, żeby tak wyglądały wszystkie moje dni. Co dwie głowy do skakania po nich to nie jedna – wieczorami padałam na twarz. Samotne mamy to mistrzynie świata!

Pin It

Być mamą – sama prawda, zero lukru, może trochę kolorowej posypki

Lubimy wszelkie wyliczanki i zestawienia – są takie przejrzyste i treściwe. Nie musimy się specjalnie angażować w wyłapywanie najważniejszych informacji, bo wszystko jest wypunktowane. Oszczędność czasu i energii – to, co mamuśki lubią najbardziej.

Też je lubię, więc spisałam 10 obserwacji, które wiążą się z pełnieniem tej niebywale istotnej roli społecznej, jaką jest funkcja mamy. Dyszka to dobra liczba, taka pełna i kompletna.

Oto co zauważyłam w związku z mamowaniem:

po pierwsze primo: Nie jestem najważniejsza

Czasem mam ochotę zawołać: „JA chcę…” i tu wstawić dowolne: pójść na imprezę, pospać do południa, sama zjeść tę czekoladę, zostać w domu i nie iść na spacer, żeby mnie nikt przez chwilę nie dotykał rączkami wysmarowanymi masłem czy akwarelką…

Nie wołam jednak, bo raz: nikt nie posłucha; dwa: to szybko minie (szczególnie te przytulaski – widział ktoś nastolatka na kolanach u mamusi?); trzy: uświadamiam sobie, że po pierwsze zabrzmiałabym jak pięciolatka, a po drugie nie żyję sama, tylko w rodzinie i każda decyzja, którą podejmę musi być dla nas wszystkich jednakowo dobra. O kurczę, to ja podejmuję decyzje – ciągle nie mogę do tego przywyknąć.

Czasem trzeba się też poświęcić dla wyższego dobra. Nie mówię tutaj o wielkich gestach, o których można by nakręcić epicki film, tylko o prozie życia. Nie lubię owsianki/jaglanki/orkiszanki etc., ale z uśmiechem na ustach jem ją razem z dziećmi, żeby dać im dobry przykład.

hands-1191449_1920

po drugie primo: Bałagan to jedyna pewna rzecz

Stan nieładu jest najstabilniejszym ze stanów, jakim podlega nasze mieszkanie. Nie ma jakichś drastycznych wahnięć, specjalnej różnicy między wczoraj a dziś. Wystarczy za to posprzątać i po kwadransie zaczyna docierać do mnie, jak szybko wszystko wraca do wyjściowego chaosu – na przykład na lśniącej szybie natychmiast pojawiają się odciski dłoni i czoła. Jeśli ktoś chce nas odwiedzić, to musi się zapowiedzieć ze dwa dni wcześniej – trzeba dać mi szansę na poudawanie perfekcyjnej pani domu.

Nikt mi nie wmówi, że idealnie posprzątane mieszkanie przy dwójce dzieci to kwestia dobrej organizacji, że da się uniknąć rozmazania banana na kanapie, wdeptania plasteliny w wykładzinę i graffiti z kredek świecowych.

zasnąć można w każdych warunkach

Kiedyś musiałam mieć idealnie gładkie i napięte prześcieradło, pieczołowicie „wytrzepaną” poduszkę, wszelkie okruszki w pościeli doprowadzały mnie do szału. Dzisiaj potrafię spać zgięta jak scyzoryk na skraju dziecięcego łóżka, z łokciem Panny Grymaśnej wbitym w żebro albo jej stopą na twarzy. Potrafię też zasnąć w trakcie wieczornego serialowego seansu z kawałkiem pizzy w ręku. I nie przeszkadzają mi okruszki.

Jestem pewna, że też potrafię odlecieć tak jak ten pan.

spioch

Zimna kawa też jest dobra i można ją sączyć przez cały dzień

Kwestia kawy nie wymaga dodatkowego komentarza. Jedyne, czego wymaga to mikrofalówki. Tak, mam to ustrojstwo w domu. Pojawiło się, kiedy mała czarna stała się małą wiecznie zimną. Służy do dwóch rzeczy – do podgrzewania kawy i robienia popcornu.

Głośne zabawki przestają przeszkadzać. klocki są najgorsze

Zabawki grające, pierdzące, piszczące, śpiewające, buczące, strzelające, dzwoniące – kiedyś przyprawiały o atak serca, dzisiaj są synonimem chwili świętego spokoju. Skoro ktoś nimi hałasuje, to znaczy, że doskonale się bawi, nie wisi na mnie i ma się świetnie. Przy okazji wiem, gdzie jest, bez konieczności rzucania okiem.

Klocki lego i legopodobne są za to w stanie doprowadzić mnie do łez. Nie ma nic gorszego od wdepnięcia bosą stopą w taką kosteczkę. Zwłaszcza wtedy, gdy wycofujesz się raczkiem z pokoju, w którym przed chwilą zasnęły dzieci. Znoszenie bólu w milczeniu i puszczanie w myślach fantazyjnych wiązanek przekleństw mam opanowane do perfekcji.

lego-470158_1280

Dzieci to kupa szczęścia. Z przewagą kupy

Na tę dziecięcą czasem czekałam jak na gwiazdkę, a gdy już się pojawiła oglądałam ją wnikliwiej niż nowe buty przed zakupem. Kupa to jedno z częściej wypowiadanych słów przez młode matki. I jedno z pierwszych słów ich dzieci.

Jakby tego było mało, od kiedy mam dzieci, psia kupa jeszcze bardziej mnie wkurza, bo w magiczny sposób przechodzi z potomstwa na mnie (dlatego zawsze, ale to zawsze, sprawdźcie „dzieciowe” buty, zanim załadujecie sobie młodzież „na barana” albo weźmiecie na ręce). A! zapomniałabym – są jeszcze osiedlowe koty, które uszczęśliwiają małolatów „miękkimi kamieniami” w piaskownicy.

Ogólnie można też temat podsumować stwierdzeniem, że macierzyństwo powoduje pewną znieczulicę na niektóre kwestie związane z fizjologią. I czasem traci się wyczucie stosowności, o czym świadczy obecność tego punktu. I to tak wysoko w zestawieniu.

W mojej torebce jest więcej niż wszystko

Na co dzień mogę zapomnieć o małych, eleganckich torebkach, do których mieści się tylko karta płatnicza, telefon i szminka, bo z konieczności noszę wielkie torby – moje dzieci brudzą wszystko, włażą wszędzie i ogólnie są bardzo intensywne.

Wychodząc z nimi, muszę gdzieś zmieścić chusteczki, wodę utlenioną, plasterki opatrunkowe, wodę do picia, bańki mydlane, książkę, której chyba nigdy nie skończę czytać i sto tysięcy różnych przydasiów, łącznie z kocem piknikowym. Ze spaceru wracam dociążona kamykami, patykami i liśćmi, mega ważną śrubką, która leżała na drodze i wyrwanym z korzeniami kwiatkiem.

bag-19126_1920

Jestem pełnoetatową obcinaczką do paznokci

Mój manicure pomińmy miłosiernym milczeniem. Przy dwójce potomstwa za to mam wrażenie, że zamieniłam się w profesjonalną obcinaczkę do paznokci i codziennie komuś coś przycinam.

Człowiek Wyżerka i Panna Grymaśna są mistrzami wymykania się z objęć (wróżę im karierę –  jeśli nie w MMA, to chociaż w klasycznych zapasach), więc jednego dnia skracam szpony w jednej nodze, drugiego dnia w drugiej, potem przychodzi kolej na dwa palce w lewej ręce, przez resztę tygodnia dążę do ogarnięcia pozostałych i znowu wracamy do nóg.

Już nigdy nie będę sama

Oczywiście, pod warunkiem, że się postaram, nie stanę się jędzą (zołzą, niestety, już jestem i nic na to nie poradzę) i moje dzieci będą chciały w dorosłym życiu być blisko mnie. Nie w takim sensie, że będziemy mieszkać razem po kres naszych dni, ale w takim, że będą do mnie wracać ze swoimi radościami i troskami, że będzie im się chciało co kilka dni zadzwonić czy wpaść raz na jakiś czas na obiad.

Na razie towarzyskiej natury moich Pacholąt doświadczam w tych najbardziej irytujących sytuacjach dnia codziennego (często wpadają do toalety i rozpoczyna się walka o tron; wystarczy, że usiądę z książką, materializują się obok i jestem im bardzo potrzebna; zasypiam z Małżem, budzę się z całą naszą ekipą i kotem).

heart-1363906_1920
mama – w oczach dziecka to najważniejsza osoba na świecie

Przez to, że my, matki, nie stawiamy siebie na pierwszym miejscu paradoksalnie wysuwamy się na prowadzenie w rankingach popularności – taka opozycja do pierwszego punktu.

W ciąży często konsultowałam z moją mamą wszelkie drobne dolegliwości i wątpliwości, w pierwszych dniach po powrocie ze szpitala pomagała mi w „obsłudze” noworodka – udzieliła mi prawdziwego wsparcia i była oazą spokoju. Dzwoniłam do niej po kilka razy dziennie, bywało, że płakałam i smarkałam, rozczulałam się nad sobą – zawsze wiedziała, w którym momencie pocieszyć, a kiedy sprzedać motywacyjnego kopniaka w zadek.

Jako mama starszaka zaczęłam rozumieć wiele jej zachowań, które kiedyś były dla mnie niepojęte. Z czasem pojawia się tych sytuacji coraz więcej. Zauważyłam, że wychowywanie małego człowieka to jest codzienny wysiłek i naprawdę ciężka praca – dzięki temu moja miłość do niej weszła na następny poziom.

Mama jest potrzebna i dorosłej kobiecie w okolicach trzydziestki, i niespełna pięcioletniemu chłopcu. Mama jest niezbędna do przygotowania najlepszej na świecie jajecznicy, poczytania książki, wspólnego wyklejania rybek i kwiatków z papilotek do muffinek. Dwuipółlatce jest potrzebna do naprawienia buziakiem stłuczonego kolana, rozsądzania sporów ze starszym bratem i przymierzania wielkich kolczyków z motylami.

Pin It

10 łatwych sposobów na to, by skiepścić dziecku adaptację w żłobku/przedszkolu*

Zaprawdę powiadam wam – nie ma nic ciekawego w opowiadaniu innym mamom o tym, jak to nasze dziecko bezboleśnie zniosło adaptację w żłobku albo w przedszkolu.

Jeśli pochwalimy się, że wcale nie płakało, możemy zaryzykować, że ktoś pomyśli, iż jesteśmy kiepskimi rodzicami, skoro dziecko uznało, że w placówce jest mu dobrze (albo, o zgrozo, lepiej niż w domu). Przygotowałam kilka wskazówek, które pomogą uniknąć tego kłopotliwego oskarżenia:

1. „Nie bój się, dziecino. Tam nic ci nie grozi” – pamiętaj, że podświadomość nie słyszy słowa „nie”, pomija je i od razu po przyjęciu takiego komunikatu stawia się w stan pogotowia (wczuj się i wyobraź sobie, że dostajesz telefon od kogoś, kto zaczyna słowami: „Tylko się nie denerwuj” – od razu skacze ciśnienie).

2. Olej wytyczne dotyczące wyprawki, którą należy przygotować dla dziecka i zamiast tego daj mu ulubioną zabawkę. Niech się pobije o nią z innym dzieckiem.

fot. pixabay.com
fot. pixabay.com

3. Zignoruj żłobkowy/przedszkolny rytm dnia. Nie przyzwyczajaj swojego potomka do wstawania, jedzenia i drzemania w określonych porach. Pozwól, żeby uczyniły to za ciebie pracownice instytucji. W końcu za coś im płacisz.

4. Nie wypuszczaj dziecka z objęć – najlepiej będzie, jeśli pani będzie musiała je odczepić od ciebie. Żegnaj się długo (co najmniej przez kwadrans) i wylewnie, uroń łezkę. Nie zapomnij wspomnieć, jak bardzo ci smutno, że się rozstajecie. Ono ko-niecz-nie musi wiedzieć, że to dla ciebie też jest trudne.

5. Poproś panią, oczywiście przy malcu, żeby zadzwoniła do ciebie, jeśli dziecko będzie bardzo mocno płakać – przybędziesz i zabierzesz. Najlepiej zrób to głośno i wyraźnie, żeby wszyscy wiedzieli, jak bardzo się troszczysz.

fot. pixabay.com
fot. pixabay.com

6. Spóźniaj się z odbiorem – przecież twój szkrab nie zna się na zegarku, a ty nie powiedziałaś mu, kiedy dokładnie przyjdziesz. Podwieczorek przecież też jest „po obiedzie”.

7. Pod żadnym pozorem nie ufaj opiekunkom – zamontuj podsłuch, wpadaj znienacka, zaglądaj przez wszystkie okna, zapisz sobie ich nazwiska, numery telefonów i adresy mailowe – sprawdź je w Google, na portalach społecznościowych i randkowych. Szczególnie na randkowych!

8. Wyjdź i wróć się ze dwa razy, żeby pocieszyć płaczącego brzdąca. Niekoniecznie swojego.

9. Wszystkie pretensje i zastrzeżenia zgłaszaj „żłobiance”/przedszkolance przy dziecku – niech się od maleńkości uczy, jak należy ustawiać personel i gdzie kto ma swoje miejsce w szeregu.

10. Przy wspólnej, rodzinnej kolacji porozmawiaj z mężem o tym, jak nieudolne są panie ze żłobka/przedszkola. Nie zapomnij wspomnieć, że zastanawiasz się, czy jest sens prowadzić tam dziecko rano po raz kolejny i że rozważasz rozwiązanie umowy.

*Przed wprowadzeniem w czyn zapoznaj się ze znaczeniem słowa ‚ironia’ bądź skonsultuj się z doświadczonym rodzicem lub pracownikiem żłobka czy przedszkola, gdyż tekst niewłaściwie zrozumiany zagraża zdrowiu psychicznemu Twojemu bądź Twojego dziecka.

fot. pixabay.com
fot. pixabay.com
Pin It