magic-eye-371396_1920

Amnesty International, UNICEF i inni – nie dobijajcie się, już więcej Wam nie otworzę

Dwa lata temu do szewskiej pasji doprowadził mnie chłopaczek z Amnesty International, który zapukał do moich drzwi w towarzystwie pary, którą szkolił. Rozochocony chęcią zaimponowania i pokazania im, jaki to z niego maczo-men, od razu, jak tylko otworzyłam, władował się do mieszkania i zaczął stosować szeroki wachlarz socjotechnicznych sztuczek, które miały mnie ogłuszyć i uczynić potulną.

Aby nie dać mi chwili do namysłu i jednocześnie nawiązać ze mną swoisty rodzaj więzi, wplótł do swojej ideologicznej papki osobiste pytania oraz wynurzenia o sobie. I w tym momencie już całkiem przestało mi się to spotkanie podobać, ale skoro powiedziałam A, to czułam się zobowiązana powiedzieć B. Wybrałam zatem kampanię, którą „chciałabym” wspierać. Wypełniliśmy druczek, a później, aby potwierdzić, musieliśmy wykonać wspólnie telefon na ichnią infolinię. Finisz tej wizyty, muszę jednak przyznać, rozbawił mnie do łez. Po wszystkim Młody zapytał, czy może skorzystać z toalety i zostawił mnie z niemą parą obserwatorów. Zapadła niezręczna cisza przerwana dobiegającymi z toalety odgłosami imponującego strumienia.

Chwilę później, nie umywszy rąk, rekin z Amnesty dotarł do zaprzyjaźnionej sąsiadki i wtedy to narodził się we mnie potężny wkurw. Młody bowiem, aby przekonać ją do rozmowy, powołał się na mnie, a do tego później zaczął opowiadać np. o tym, że to mieszkanie to wynajmuję, a panel w telefonie mam taki a nie inny.  Od razu zadzwoniłam na infolinię, złożyłam skargę i wycofałam deklarację.

Kilka dni temu w moich drzwiach ukazał się chłopak z UNICEF-u. Do tej pory udawało mi się unikać takich spotkań, bo cichcem spoglądałam przez wizjer, a potem udawałam, że mnie nie ma. Teraz jednak potknęłam się o kota i zahaczyłam dłonią o klucze w drzwiach. Gdy się wahałam, czy głupio udawać nieobecność, czy te drzwi otworzyć, zaczął wołać „dzień dobry, dzień dobry” i już nie miałam wyjścia.

Pozwoliłam mu wyklepać formułkę, a potem w przypływie asertywności wyjaśniłam mu w punktach, dlaczego nie jestem zainteresowana takimi wizytami. Temat mojej niechęci wobec takich wolontariuszy postanowiłam rozwinąć tu, na blogu.

Po pierwsze: przychodzą bez zaproszenia

Nie umówili się na spotkanie, nie zapowiedzieli wcześniej swojego przybycia – przychodzą w takich momentach, że akurat coś robię arcyważnego, po prostu odpoczywam i nie mam ochoty z nikim gadać, siedzę w toalecie albo jestem sama z dziećmi. Najbardziej przeginają, kiedy dzwonią do drzwi wieczorem, kiedy kładę je spać. Nie znoszę być tak nachodzona, nie nastraja mnie to życzliwie.

Po drugie: nie mam jak ich zweryfikować

Nie znam tych ludzi, nie wpuszczę ich do mieszkania – wolałabym nie czytać potem o sobie, że zostałam okradziona nie metodą na kominiarza czy półnagą sąsiadkę, ale „na Unicef”. W jaki sposób mam sprawdzić, czy ich identyfikatory są prawdziwe? Nie takie dokumenty się fabrykuje.

No i nie będę ukrywać, że rozmowa na klatce schodowej, którą mogą bez trudu podsłuchiwać sąsiedzi jest dla mnie niekomfortowa. Lokalni świadkowie Jehowy jakoś rozwiązali tę kwestię i rozmawiają z mieszkańcami danego bloku przez domofon oraz grzecznie pytają o zgodę na pozostawienie w skrzynce swoich ulotek. Zostawiają zdecydowanie lepsze wrażenie.

stairwell-690870_1280

Po trzecie: nie jestem przygotowana na takie rozmowy

Nie chcę odpowiadać na tendencyjne pytania o to, czy obchodzą mnie głodujące dzieci – nie chcę się czuć jak zły człowiek tylko dlatego, że obecność wolontariusza wzbudza we mnie niepokój i dyskomfort, więc chcę, żeby sobie jak najszybciej poszedł. Nie zobowiążę się do zapłaty tylko po to, żeby się go pozbyć z wycieraczki – może taka taktyka „atakowania” z zaskoczenia przekłada się na wpłaty, ale ja tak impulsywnie nie robię stałych zleceń, chociaż czasem zdarza mi się pomóc „na ulicy”, jeśli nie chodzi o pieniądze, tylko o jedzenie. Pisałam już o tym kiedyś.

Wyrwana znienacka do odpowiedzi nie chcę na klatce schodowej rozprawiać o ginących gatunkach, przemocy wobec kobiet, werbowaniu dzieci do bojówek czy głodujących plemionach – to nie jest niezobowiązująca rozmowa z sąsiadką, która przyszła po przysłowiowy cukier.

Po czwarte: nie podoba mi się z góry narzucona kwota minimalna wsparcia i oczekiwanie comiesięcznych przelewów

Jestem typem „pomagacza z doskoku” i wolę swoją pomoc skierować lokalnie, do konkretnej osoby, z którą jakoś się mogę identyfikować niż do grupy osób z innego kontynentu. Nie ograniczam się tylko do spamowania na Facebooku. Wiem, że nie da się pomóc wszystkim, dlatego wybrałam jedną grupę na stałe i wspieram podopiecznych Fundacji Rycerze i Księżniczki, a od czasu do czasu wykonuję przelewy dla potrzebujących mających konto na siepomaga.pl. Odpowiada mi to, że mogę wpłacić tyle, na ile w danym momencie mnie stać i kiedy mi to pasuje.


letterbox-211428_1920

Mam spam na mailu, a w tradycyjnej skrzynce pocztowej od groma ulotek i przechodzę nad tym do porządku dziennego, ale próba wejścia do mojego mieszkania nie jest w porządku i nie interesuje mnie wcale, że sąsiad wpuścił delikwenta na klatkę schodową.

Mój dom to moja enklawa. Wpuszczam zaproszonych gości, kuriera/listonosza, sąsiadkę, ale nie kogoś, kto mi przychodzi bez zapowiedzi robić pranie sumienia i drenaż portfela.

PS. A żeby było śmieszniej, to chłopak z UNICEF-u po godzinie 20-tej zrobił drugie okrążenie po moim bloku, na szczęście tym razem mnie omijając.

Pin It

8 przemyśleń nt. „Amnesty International, UNICEF i inni – nie dobijajcie się, już więcej Wam nie otworzę”

  1. No i BRAWO! Zgadzam się z Tobą w 100% ,tyle że ja nie udaję że mnie nie ma w domu tylko zwyczajnie nie otwieram.Mój dom,moja sprawa i nie muszę sie nikomu tłumaczyć .

  2. Cała prawda. Mam tak samo!
    Kiedyś to mnie jeszcze ruszało „nie pomoże Pani głodującym dzieciom”…. no krew mnie najjaśniejsza zalewa. Też wspieram z doskoku. Najczęściej szlachetną paczkę i siepomaga. Wystarczy. Nie chce rozmawiać o zwierzętach ginących ani w domu, ani na cmentarzu, ani w centrum handlowym. Dziękuje, dobranoc.

  3. Absolutnie. Do domu wpuszczam tylko ludzi, których znam.
    Ja mieszkam w Hiszpanii i muszę powiedzieć, że tutaj ludzie się nie przejmują tym, czy ktoś (wolontariusz, kominiarz, ktokolwiek nieznany) będzie wiedział że są w domu. Domofony z kamerą – gdy dzwoni ktoś nieznajomy, nawet nie podnosi się słuchawki, bo to pewnie ulotki czy przedstawiciele handlowi kablówki czy unicefu czy innych ubezpieczeń. Gdy ktoś puka do drzwi, a nikogo nie oczekują, po prostu nie otwierają. Serio, widziałam to w więcej niż jednym mieszkaniu 🙂 🙂 Na początku się bardzo dziwiłam, ale teraz już sama tak robię. No i nigdy nie otworzę drzwi nieznajomemu, jak jestem sama w domu, mimo że mieszkam na strzeżonym osiedlu.

  4. Wielcy mi arcywonlontariusze. To sa zwykle dzieciaki, ktorym zalezy na pieniadzach z dorywczej pracy- okolo 6-8zl/h. Do wyrobienia normy, kary za nie dopelnie ie obowiązków… Straszne jest to, ze dzieciakom wmawia się głupotę o ‚szczytnym celu’ i liczy na to, że będą charować po kilkanaście godzin po to, by ktoś na cieplej posadce w biurze uznal, że norma jest nie wyrobiona i dziecoak nie dostanie nic… Szczerze mówiąc nie slyszalam jeszcze o ‚domokrążcach’. Widzialam tylko tych, ktorzy spacerują po ulicach zbierając deklaracje. ..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *