3 największe bzdury o karmieniu piersią, które usłyszałam od lekarzy

Dzisiaj chciałam napisać kilka słów o KP, czyli o karmieniu piersią. Panna Grymaśna w październiku skończy 2 lata i mimo tego, że zakładałam, że będziemy „cycać” maksymalnie półtora roku, robimy to dalej – jest to w dużej mierze jej potrzeba. Jak widać na fotografii, która znajduje się pod tekstem, robimy to nie tylko w domu, ale i w plenerze i podkreślam, że da się to robić dyskretnie. Dwukrotnie też przywiązanie Grymaśnej do piersi uratowało nas od szpitala, bo przy infekcji rotawirusowej mój pokarm był jedynym i pełnowartościowym pożywieniem, które chciała przyjmować.

1 sierpnia jest Światowym Dniem Karmienia Piersią, który rozpoczyna Międzynarodowy Tydzień Karmienia Piersią. Tego dnia w 1990 roku we Włoszech 30 państw podpisało deklarację „Innocenti”, której celem jest zapewnienie jak najlepszego stanu zdrowia matki i dziecka poprzez

umożliwienie wszystkim matkom karmienia wyłącznie piersią oraz to, że wszystkie niemowlęta od chwili urodzenia do 4-6 miesiąca życia powinny być karmione mlekiem matki. Po upływie tego okresu karmienie piersią powinno być kontynuowane, przy równoczesnym podawaniu dziecku odpowiednich pokarmów uzupełniających, do drugiego roku życia, a nawet dłużej. Ten idealny wzorzec odżywiania niemowląt można wprowadzić w życie poprzez wytworzenie odpowiedniej atmosfery świadomego poparcia dla kobiet, które chcą karmić w ten sposób.

Zaleca się, żeby dzieci karmić piersią jak najdłużej – nawet powyżej dwóch lat, jeśli jest taka możliwość. Więcej informacji znajduje się tutaj, w rzeczonej deklaracji – klik.

Ten plan zaczął być realizowany w Polsce 25 lat temu, rzeczywistość „nieco” odbiega od założeń – moje dzieci bywały dokarmiane na oddziale noworodkowym mlekiem modyfikowanym, a położne nie były specjalnie zainteresowane pomocą.

Nie jestem ekspertką ds. karmienia piersią, nie będę tutaj wyliczać zalet płynących (nomen omen) z karmienia naturalnego i podawać statystyk, które są nie najlepsze (polecam lekturze wywiad z Magdą Karpienia, liderką organizacji La Leche Leauge – klik).

Z perspektywy matki karmiącej mogę tylko zauważyć, że lekarze, szczególnie kobiety po pięćdziesiątce, uważają, że długotrwałe karmienie piersią jest, delikatnie mówiąc, fanaberią bez większego sensu. Zaskakujące, że są to kobiety, które kończyły studia i zaczynały karierę medyczną, kiedy wspomniana deklaracja została podpisana. Jako dowód mogę podać autentyczne wypowiedzi, które zostały do mnie skierowane:

1. „To nie jest pozycja fizjologiczna dla kobiety” – tak twierdzi internistka, do której przyszłam z nagłym bólem pleców, o nocnym karmieniu piersią. Bo jak wiadomo, fizjologiczną pozycją jest każda konfiguracja z butelką.

2. „Proszę już przestać. Ona jest już duża, powinna jeść kiełbasę” – moja laryngolog tak zareagowała, kiedy poprosiłam ją o uwzględnienie przy wypisywaniu recepty faktu, że nadal karmię piersią roczną córeczkę.

3. „Jak każde dziecko długo karmione piersią jest niedowapniona” – pediatra przy okazji bilansu o bolesnym i długotrwałym ząbkowaniu, które po konsultacji z ortodontą zostało ocenione jako normalne.

A Wy jakie macie doświadczenia? Jakim tekstem zastrzelił Was lekarz?

karmienie w plenerze

fot. w nagłówku pochodzi z pixabay.com

Pin It

Sok i dżem wiśniowy

Pod koniec pierwszej ciąży cierpiałam na nadmiar czasu. Małż codziennie rano wychodził do pracy i wracał pod wieczór, a ja zostawałam sama w mieszkaniu. Późno wstawałam, obejrzałam w rekordowym tempie wszystkie dostępne sezony „Gotowych na wszystko” i całych „Przyjaciół”, zajadając się bez opamiętania ciastem z tego przepisu (klik) i lodami krówkowymi. Potem stwierdziłam, że koniec tego dobrego i trzeba się ruszyć, bo rosnący tyłek zaczął przeganiać powiększający się brzuszek.

Zaczęłam urządzać sobie wyprawy na pobliskie targowisko i jeszcze przed południem, zanim upał się rozkręcił, przynosiłam do kuchni kilogramy owoców, które zamieniałam w dżemy. Możliwe, że był to też jeden z objawów hormonalnego haju zwanego inaczej „syndromem wicia gniazda”. W tamtym okresie uprałam raz jeszcze i wyprasowałam wszystkie ubranka i 30 pieluszek tetrowych, bo miałam ambitny plan, żeby maleńkiego Człowieka Wyżerkę zawijać w tetrę. Przydługi pobyt w szpitalu przyzwyczaił nas jednak do pieluch jednorazowych. Nie zdobyłam się na to, żeby z tego udogodnienia zrezygnować. Nie powieszę sobie na piersi orderu dla eko-matki. W ramach pokuty, by zmazać chociaż część swoich przewinień, zaczęłam namiętnie robić przetwory.

Tamtego lata, w 2011 roku, narodziła się Matka Dżemowa. Liczbę wyprodukowanych słoików mogę już liczyć w setkach – wiele z nich zostało rozdanych, a część czeka na swój czas, bo raczej nie powtarzam co roku tych samych smaków. Wyjątkiem są konfitury z aronii z gruszką i jabłkiem oraz czekośliwka. W tym roku do szafki z przetworami wędruje dżem wiśniowy i kilka słoiczków soku do rozcieńczania, który będzie ubogacał smak zimowej herbaty.

Przepis na dżem wiśniowy (i sok w bonusie) jest bardzo prosty, najwięcej zachodu wymaga wydrylowanie wiśni.

sok i dzem wisniowy 01-1024

Składniki czytaj dalej…

Pin It

Ekspresłówka #11 Kokos

Człowiek Wyżerka (prawie 4 l.) kupił swojego pierwszego kokosa. Wieziemy go do domu i Pierworodny przeżywa:
– Kokos jest super, bo ma w środku mleko, śmietanę i serek. Wszystko ma.

Przeczuwając, że spotka go spory zawód (jak on wpadł na ten serek?), odwlekam jak mogę „wielkie otwarcie”. W końcu okazuje się, że orzech jest w środku pusty (po rozłupaniu wyszło na jaw, że także spleśniały).

Wyżerka otwiera lodówkę, podaje mi karton i lejek z szuflady:
– Nie ma mleka? Dolejemy.

kokos
fot. pixabay.com
Pin It

Sałatka z burakami i wiśniami (i co ze mnie za kobieta?)

W czasach „przeddzieciowych” wydawało mi się, że to, czy córeczka okaże się „małą miss” czy chłopczycą, zależy tylko od wychowania, bo moja mama mnie nie stroiła w sukieneczki, nie robiła mi dziewczęcych fryzurek i sama się nie malowała, toteż ja tych umiejętności do dziś nie posiadłam. Zaplecenie warkocza dobieranego mnie przerasta, ręce mi omdlewają, zaczynam się zalewać potem, czerwienieć na twarzy i przeklinać pod nosem. Kończy się na tym, że włosy zbieram gumką w zwykły koński ogon. Prędzej też sobie wydłubię oko niż zrobię w miarę równą kreskę eyelinerem. Jestem też mistrzynią w kupowaniu sobie ubrań, które nie pasują do niczego, co już mam – posiadam więc pełną szafę i nie mam w czym chodzić. Gdy mam się elegancko ubrać, wpadam w panikę.

Prawie dwuletnia Panna Grymaśna ku mojemu nieustannemu zdziwieniu to prawdziwa mała dama – już interesuje się modą i makijażem. Piszczy z radości, kiedy widzi pomalowane paznokcie. Oczy jej się świecą, gdy wyjmuję dla niej sukienkę. Jedną z jej ulubionych rozrywek jest wyrzucanie na podłogę wszystkich swoich ubrań z komody i zakładanie ich na siebie w dowolnych kombinacjach. Zdarza jej się ryczeć z wściekłości, bo rajstopki nie chcą się wciągnąć na nóżki przyobleczone już w spodenki.

Co do makijażu, to upiększa się czym popadnie. Najczęściej maluje flamastrami paznokietki, palce i przedramiona, czasem narysuje sobie kilka kresek na twarzy. Rysowanie po kartkach jest zbyt nudne. Nie dziwi mnie więc wcale, że burak jest jej ulubionym warzywem – nie dość, że jest słodki, to jeszcze można zrobić sobie nim rumieniec i usta.

Dlatego zawsze, kiedy przygotowuję jakieś danie z burakami, liczę jednego dodatkowo dla niej.

Tym razem mam przepis na na lekką i pełną zdrowia sałatkę: pikantny, słodki i lekko skarmelizowany burak w aromatycznej marynacie, łagodna i wyróżniająca się bielą mozzarella, cierpka wiśnia i orzechowa rukola polana wiśniowym sosem. Tę sałatkę, jako jedną z wielu propozycji wykorzystania wiśni, można również znaleźć w najnowszym numerze magazynu KOCIOŁ (aby pobrać pdf, kliknij tutaj).

salatka z burakami i wisniami 03-1024

Składniki czytaj dalej…

Pin It

Ekspresłówka #10 Wygryzione oczy

Stoję przy kuchence i mozolnie smażę górę naleśników, kontemplując żywot kury domowej. Małż i Człowiek Wyżerka (prawie 4 l.) podbierają co jakiś czas jednego i jest im podejrzanie wesoło.

W którymś momencie słyszę radosny rechot,  następnie pada zdanie:
– Musisz wygryźć sobie oczy.

Odwracam się zaskoczona i co widzę?

Pierworodny ma na twarzy maskę z naleśnika.

maska nalesnikowa

 

Pin It