Warsztaty Kulinarnej Akademii Książęcego

Od dłuższego czasu marudziłam mojemu Małżowi, że zatopiona po czubek głowy w macierzyństwie towarzysko porastam kurzem, mchem i pajęczyną; że kontaktuję się ze światem głównie przez fejsbuka, spotkania zaliczam sporadycznie z wąskim gronem przyjaciół albo w ramach rodzinnych wizyt, a nowych ludzi przeważnie poznaję na placu zabaw (i są w wieku od kilku miesięcy do lat kilkudziesięciu). Gdy już zaczynałam się zbliżać do miejsca na podium w kategorii Najbardziej Zrzędliwa Żona Roku, dobry los rękoma Łukasza Zarębskiego wysłał mi zaproszenie na Warsztaty Kulinarnej Akademii Książęcego.

Tydzień temu skorzystałam z okazji i wyrwałam się wreszcie z domowych pieleszy. Nie będę ukrywać, że tremę miałam jak przed pierwszą randką. Znacie to uczucie, kiedy biegnie w Waszym kierunku stęskniony, wielce uradowany, wielki, kudłaty, mokry i ubłocony pies? Nie chciałam być tym psem.

Spotkanie rozpoczęło się od mini wykładu na temat historii, gatunków i metod wytwarzania piwa oraz kursu jego profesjonalnej degustacji. Dowiedziałam się między innymi, że najmocniejsze piwo na świecie ma ponad 60% alkoholu. Na załączonym obrazku widać, jak kontemplujemy aromat piwa Książęce Ciemne Łagodne. Jeśli ktoś mnie nie kojarzy, to podpowiem, że ta w czerwonej bluzce to ja.

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Okazuje się, że smakowanie piwa nie różni się wiele od smakowania wina – kryteria są bardzo podobne, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do wina, piwno należy połknąć, żeby je ostatecznie ocenić.

Po części teoretycznej trafiliśmy w ręce Jurka Sobieniaka (znanego m.in. z „Pytania na śniadanie”)  i zaczęły się rozważania na temat piwa jako składnika potrawy i tego, w jaki sposób je dobierać – ma stanowić kontrę czy dopełnienie? Sporo czasu poświęciliśmy zagadnieniu zapachów, na start w ruch poszła deska serów a nam oszalały ślinianki (przynajmniej mi włączyło się pierwsze piwne gastro).

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Kiedy już wywąchaliśmy wszystko, co było do wywąchania, ruszyliśmy na podbój kuchni. Oprócz Jurka opiekę nad nami sprawował Andrzej Andrzejewski, o którym można powiedzieć, że Obama jadł mu z ręki (był w ekipie gotującej dla prezydenta USA podczas jego ostatniej wizyty).

Mi przypadło stanowisko z deserami. W pierwszym momencie byłam mocno zawiedziona, bo razem z kolegą mieliśmy tylko uprażyć orzechy włoskie i zrobić syrop z piwa. Tęsknym wzrokiem spoglądałam na stanowiska z mięchem, a potem pomyślałam, że w sumie mi się przyfarciło, bo mogę sobie poskakać z kwiatka na kwiatek i podglądać, co się gdzieś indziej gotuje. Tak więc sącząc sobie leniwie browarka, kręciłam się to tu, to tam.

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com    fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com     fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Warsztaty przypominały bardziej dobrą imprezę w kuchni połączoną ze wspólnym gotowaniem niż poważną naukę sztuki kulinarnej. Duża w tym zasługa dziarskich instruktorów i Łukasza, który pełnił funkcję podczaszego i pilnował, żebyśmy nie uschli z pragnienia w trakcie gotowania.

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com     fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com     fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com     fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

A oto potrawy, które stworzyliśmy tego wieczoru:

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Ceviche z łososia z kwaśnymi jabłkami i galaretką miodową z soku brzozowego:

fot. moje :)

fot. moje :)

Podpłomyki z pastą z białej fasoli, serem owczym, suszonym pomidorem i salsą z pieczonej oberżyny

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Jabłkowy boczek z anyżem i miodem lipowym w śliwkach

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Steki z pieczonego selera panierowane w bursztynie z sosem czosnkowo-pietruszkowym i czuszką

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Lody waniliowe z prażonymi orzechami włoskimi w piwnym karmelu z czarnym pieprzem

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

fot. Michał Mańka http://www.michalmanka.com

Jako że byłam w ekipie przygotowującej deser, to na słodkie zakończenie podam na niego przepis.

Składniki:

  • 500 ml piwa Książęce Ciemne Łagodne
  • 200 g cukru
  • 500 ml lodów waniliowych
  • 200 g orzechów włoskich
  • 100 g białej bezy
  • 2 łyżki cukru
  • 2 łyżki miodu
  • świeżo mielony pieprz
  • 1 gałązka rozmarynu

Orzechy praż w piekarniku przez 4 min. w temp. 200°C.

Następnie wymieszaj w misce nadal gorące orzechy z miodem i cukrem oraz świeżo mielonym pieprzem i posiekanym rozmarynem.

Piwo gotuj z cukrem i redukuj do 1/3 objętości. Wystudź.

Lody podawaj z sosem piwnym i karmelizowanymi orzechami na pokruszonej bezie.

Botwinka i crème fraîche

Z letnich, weekendowych wypraw do na wieś wracam do Wrocławia objuczona workami z brudnymi ubraniami, bo Głodzilla wyciera swoją nabytą „miastowość” we wszystko co możliwe. Koszulkę przyozdobi sobie żabotem z psiej sierści, zjedzie na pupie z górki, wytarza się w piasku leżącym obok betoniarki, bo Dziadek zawsze ma coś do wymurowania. I w tym gruboziarnistym piasku, znajduje czasem „miękkie kamienie”, które podstępnie zakopał jakiś kotek. A jeśli są kałuże, to Dziedzic mój obowiązkowo w nich poskacze. I nie są to wcale w miarę przejrzyste kałuże chodnikowe, tylko błotne bajora z czerwonej ziemi. Pełnia zadowolenia – przecież powszechnie wiadomo, że dzieci dzielą się na te szczęśliwe i na te czyste.

Żeby nie było, że zapomniałam, gdzie się wychowałam i teraz histerycznie syna mojego pucuję, to wyznam, że przebieram go tylko, kiedy jest mokry. Bo u dziadków jest wiecznie upaprany od czubków palców u stóp po koniuszki włosów. Jedziemy na dwa dni, ale ubrań pakujemy tyle, że normalnie powinno nam wystarczyć na tydzień. Poniedziałki bywają zatem dniem wielkiego prania.

Oprócz wspomnianego prania przywożę do Wrocławia litry mleka prosto od zadowolonych, pachnących łąką i słońcem krów. Z tego mleka robię domowy twaróg. Od czasu do czasu dostaję też spory słój gęstej, lekko ukwaszonej śmietany. Jest tak gęsta, że wbity w nią nóż stoi, można nią smarować chleb (i posypać cukrem – poezja!). Można ją dodawać prosto do garnka z gorącą zupą, bo nie ma opcji, żeby się zwarzyła. Świetnie się nadaje do robienia różnych dipów i jako dodatek do owoców. Genialnie smakuje z truskawkami i jagodami. Jedyne, czego nie można z nią zrobić, to ubić – jest tak tłusta, że momentalnie zamienia się w masło. Co też jest jej zaletą. I na koniec jeszcze dodam, że ma niewiarygodnie długi termin przydatności do spożycia – może stać w lodówce nawet 3 tygodnie!

Długo nie mogłam znaleźć w naszych sklepach produktu, który choć trochę przypominałby tę śmietanę. Natomiast w książkach kucharskich, szczególnie zagranicznych autorów, często spotykałam się z tajemniczo brzmiącym crème fraîche. No i okazało się, że moja Rodzicielka produkuje tego przysmaku kosmiczne ilości od lat, a ja o tym nie wiedziałam. Najciemniej jest pod latarnią!

Mam nadzieję, że taka śmietana będzie powszechnie dostępna w naszych sklepach, bez francuskiej nalepki i z polską, przystępną ceną. Rachel Khoo w książce „Mała paryska kuchnia” podpowiadała, jak zrobić w domu crème fraîche -  wystarczy zmieszać kremówkę 36% z kwaśną śmietaną 22% w stosunku 2:1. Od siebie tylko dodam, że nie wystarczy połączyć tych składników, trzeba jeszcze zostawić na kilka godzin w ciepłym miejscu, żeby bakterie z kwaśnej śmietany zadziałały. Gdy mikstura zgęstnieje, to mamy coś na kształt crème fraîche i dopiero wtedy możemy jej z powodzeniem używać w swojej kuchni.

Przejdę teraz do przepisu na botwinkę. Mój Małż niespecjalnie przepada za tą zupą, bo jest lekko słodka – on lubi zupy słone, mięsne i pieprzne. Głodzilli i Młodej za to smakowała. Młode buraki ćwikłowe z liśćmi, czyli botwina, są jeszcze dostępne na targowiskach i straganach, więc warto zrobić tę pełną smaku, letnią zupę. A na talerzu okrasić ją łyżką gęstej, kwaśnej śmietany, która powoli będzie się rozpuszczać w gorącym wywarze i malować piękne, białe wzory na buraczkowym tle.  I nie zapomnijcie posypać solidnie natką pietruszki, której też mamy teraz obfitość, jak widać na załączonym obrazku.
DSC_0007 botwinka-1024Składniki (4 porcje):

  • pęczek botwiny ze sporymi buraczkami
  • około1 litr bulionu warzywnego (albo lekkiego rosołu)
  • 1 pietruszka
  • 1 marchewka
  • 3-4 młode ziemniaki
  • kwaśna śmietana wg uznania
  • natka pietruszki wg uznania
  • przyprawy: ziele angielskie, liść laurowy, sok z cytryny, cukier, sól morska, świeżo mielony czarny pieprz

Zagotuj bulion z dwoma ziarnami ziela angielskiego i liściem laurowym.

Umyj i obierz warzywa. Dobrze wypłucz botwinkę, odrzuć brzydkie liście i łodyżki.

Marchewkę, ziemniaki i buraczki pokrój w drobną kostkę, pietruszkę zetrzyj na tarce o grubych oczkach. Wrzuć warzywa do wywaru. Kiedy będą prawie miękkie, dodaj opłukane i posiekane liście i łodyżki botwinki. Gotuj, aż łodyżki zmiękną, następnie dopraw zupę solą, pieprzem, cukrem i sokiem z cytryny.

Na talerzu dodaj do botwinki łyżkę gęstej, kwaśnej śmietany i posyp posiekaną natką pietruszki.DSC_0004 botwinka-1024DSC_0011 botwinka-1024

Jak ugotować bób?

Bób, jak fasola i groszek, to nasiona zamknięte w potężnych strąkach. Znamy go jednak w postaci już wyłuskanej, zamkniętej w półkilowych woreczkach – tak przeważnie sprzedaje się go na straganach i w warzywniakach. Pojawia się na początku czerwca i kosztuje wtedy krocie. 15 zł za 50 dag to dla mnie lekka przesada, więc zazwyczaj „wbijam zęby w ścianę” i cierpliwie czekam dwa tygodnie. Bobem zaczynam się obżerać, kiedy cena schodzi do 5 zł/woreczek. Nie mrożę go na zimę, ponieważ szkoda mi miejsca w zamrażarce. Po sezonie jestem nim tak nasycona, że zwyczajnie nie mam już na niego ochoty.

Bób jaki jest – każdy widzi. Nie jest jednak zawsze taki sam. Na początku sezonu to soczyste, intensywnie zielone, śliskie ziarna, które lekko „skrzypią” w zębach i łatwo wyskakują z delikatnej skórki. W szczytowym okresie skórka staje się nieco twardsza a nasiona coraz bardziej mączyste, o większej zawartości skrobi. U schyłku bób żółknie, przykleja się do twardej łupiny i nie sprawia żadnej radości przy jedzeniu – nie wiem, dlaczego sprzedaje się go wtedy, chyba z rozpędu. Moim ideałem jest właśnie mączysty bób, ale jeszcze w delikatnej skórce. Jem go bez obierania, razem z łupinką. Nie polewam go niczym i nie posypuję.

jak ugotowac bob-1024Teorii na temat metod gotowania bobu jest tysiąc trzysta sto czterysta. Jedni uważają, że się go gotuje pół godziny, inni że kwadrans, kolejni optują za pięcioma minutami. Opinie są jak dupa – podzielone. Są nawet tacy, którzy gotują bób przez chwilę, aby sparzyć skórkę, cedzą go, obierają i gotują ponownie. Ludzie lubią dokładać sobie roboty.

Kolejnym problemem jest ilość i temperatura wody – jedni gotują na parze, inni leją wody tyle tylko, żeby zakryła nasiona, następni uważają, że powinno być jej dwa razy tyle. Jedni zalewają bób wrzątkiem, inni zimną wodą.

Jeszcze jedną zagwozdką, która mi przychodzi do głowy, jest ilość soli. I to, czy dawać cukier. Smakosze uważają, że szczypta cukru podkreśla naturalny smak. Ja to chyba zbyt prosta jestem a moim kubkom smakowym daleko do wyrafinowania, bo nie czuję żadnej różnicy, czy jest ten cukier, czy nie. Oprócz soli i cukru można dodawać do gotowania również koperek, cząber albo czosnek.

No to jak ugotować ten bób?

Po pierwsze – sprawdź, jaka jest zawartość woreczka. Czy to bób młody, w sile wieku czy stary? Przyglądając się bobowi, można zauważyć na niektórych ziarenkach kropki. Bywa, że są to przejawy życia wewnętrznego bobu – robaczki. Możesz to zignorować i potraktować je jako alternatywne źródło białka. Możesz również załamać rączęta nad żywotem białych tłuścioszków i niczym Kopciuszek pooddzielać ziarna zdrowe od zarobaczonych. I wyrzucisz pół paczki.

Wracając do bobu – młody gotuje się najkrócej 5-10 minut w zależności od wielkości ziaren. Ten mączysty z pełni sezonu gotuje się około 10-15 minut. A stary? Znacznie powyżej 15 minut. Nawet do pół godziny. Bób przed gotowaniem umyj w zimnej wodzie, następnie zalej wrzątkiem w takiej ilości, aby przykrył ziarna i gotuj na niewielkim ogniu przez wyznaczony czas od kiedy woda ponownie zacznie wrzeć. Przed odcedzeniem wyjmij kilka sztuk i sprawdź, czy są już dobre.

Po drugie – każdy ma inne upodobania odnoście słoności. Każdy z nas trochę inaczej gotuje chociażby ziemniaki, więc nie będę Ci kazała wsypywać do wody pół łyżeczki, płaską łyżeczkę, czubatą łyżeczkę soli. Wsyp tyle, ile uważasz. Ja bób solę, kiedy już się zagotuje. Nie dodaję cukru, bo nie widzę różnicy a koperku, bo mi tak nie smakuje.

I to chyba na tyle – mamy obcykane rodzaje bobu, ilość wody, dodatki i czas. Można gotować.jak ugotowac bob02-1024jak ugotowac bob03-1024jak ugotowac bob04-1024jak ugotowac bob05-1024

Kieszonki z karpia zatorskiego z pietruszką i pesto z natki

Wychowałam się na wsi. Jeśli miałabym być szczera, to powiedziałabym raczej, że wychowałam się poza wsią. Mój rodzinny dom znajduje się bowiem na samym jej końcu. Do najbliższego sąsiada mieliśmy co najmniej pół kilometra. Dzieci inne niż moje rodzeństwo czy rzadko widywane kuzynostwo poznałam dopiero, kiedy rozpoczęłam przygodę z edukacją. Doskonale pamiętam mój pierwszy dzień w zerówce, która mieściła się w mojej wsi i dość nieudolną próbę włączenia się do zabawy. Mam wrażenie, że strasznie długo to trwało, zanim zaczęłam być tolerowana przez rówieśników. Moje relacje z nimi przypominały emocjonalny rollercoaster – jednego dnia się lubiliśmy, innego zwalczaliśmy. Dopiero kiedy poszłam do liceum, udało mi się nawiązać trwałe i serdeczne relacje, bo każdy w klasie był skądinąd. Dzisiaj, po kilkunastu latach te dziecięce animozje są powodem do śmiechu, ale wtedy to była dla mnie niezła szkoła życia.

Byłam obca nie tylko z tego względu, że mieszkałam daleko od nich. Przede wszystkim nie byłam „rdzenna”. Po drugiej wojnie światowej ze Wschodu przenoszono na Ziemie Odzyskane całe wsie. Na nowych terenach, w poniemieckich domach i gospodarstwach urzędowały zatem rodziny znające się od pokoleń. Moja rodzina znalazła się w Świerkach za sprawą dziadka, magistra zootechniki, który w latach 70-tych objął posadę nauczyciela w pobliskim technikum rolniczym. Dziadek pochodził z Leszna, mój Ojciec się tam urodził. Mama też była „miastowa”, bo wychowała się w Bielawie. Sąsiedzi starej daty byli w stanie wybaczyć mojemu Tacie obce pochodzenie (wiadomo, że dla takich ludzi historia rodziny jest jedną z ciekawszych kwestii, a czego można się dowiedzieć o kimś z „importu”, gdy na miejscu nie ma go kto obgadać do dziesięciu pokoleń wstecz?). Jednak małżeństwa z dziewczyną spoza wsi tak łatwo nie mogli strawić. Mieli przecież bardzo atrakcyjne córki z równie atrakcyjnymi przyległościami gruntowymi. A rzeczy, które mój Ojciec wyczyniał potem na swojej ziemi też nie każdemu się podobały. Na przykład wykopał kilka stawów i je zarybił. Dzięki temu zawsze na Wigilię mieliśmy najsmaczniejszego karpia, bo w stawach był dość dobry przepływ wody i ryby nie pływały w mule. Długo się dziwiłam, kiedy ktoś mówił, że nie lubi karpi, bo smakują mułem. A sposób na to teoretycznie jest bardzo prosty – aby pozbyć się tego posmaku i zapaszku żywe ryby muszą się przepłukać przez kilka dni w zbiorniku z czystą wodą, najlepiej o dużym przepływie. Od biedy, w warunkach domowych, może być to tradycyjna wanna. Kiedy kupi się ukatrupioną rybę, to już chyba nic nie da się zrobić.

Warto jeść karpie, bo mają naprawdę bardzo smaczne i delikatne mięso. Do karpia zatorskiego mam sentyment, bo z Zatora pochodzi Mama mojego Małża (i tak genealogicznie mi się na blogu zrobiło). Zgłaszam przepis do konkursu „Blog ze Znakiem Smaku”, który jest świetną okazją, aby promować produkty tradycyjne i regionalne.
kieszonki z karpia zatorskiego 01-1024
Składniki (2 porcje):

  • 2 filety z karpia zatorskiego (przednia, szersza połowa)
  • 2 łyżki pesto z natki pietruszki
  • 2 młode pietruszki
  • masło klarowane do smażenia
  • czarny pieprz, sól morska
  • sok z połowy cytryny
  • mąka pszenna do obtoczenia ryby

Filety z karpia opłucz, osusz i pozbaw ewentualnych ości. Jeśli filet jest potężny, to możesz lekko skroić górną część, aby nie była zbyt wystająca. Oprósz karpia solą i pieprzem, skrop sokiem z cytryny i odłóż do lodówki na około pół godziny.

Młode pietruszki wyszoruj, nie musisz ich obierać. Ułóż je na arkuszu folii aluminiowej i oprósz solą oraz pieprzem, skrop olejem rzepakowym, zawiń i wstaw na 20 minut do piekarnika nagrzanego do 200°C.

W tym czasie, jeśli nie masz pesto z natki pietruszki, to je przygotuj. Potrzebować będziesz:

  • 50 g natki (to około 2 pęczki – same listki, bez łodyżek)
  • 40 g startego parmezanu lub podobnego sera
  • 40 g łuskanego słonecznika
  • 1-2 ząbki czosnku
  • olej rzepakowy
  • sól morska do smaku
Na suchej patelni upraż ziarna słonecznika. Odstaw do wystudzenia.

Do kielicha blendera włóż natkę i pokrojone na mniejsze kawałki ząbki czosnku. Zmiksuj pobieżnie, żeby zrobiło się więcej miejsca.

Dodaj słonecznik i parmezan, podlej olejem i miksuj do całkowitego rozdrobnienia. Pod koniec rozdrabniania dopraw solą morską do smaku i dolej tyle oleju, ile trzeba do osiągnięcia zadowalającej Cię smarownej konsystencji.

Na każdym filecie rozsmaruj łyżkę pesto z natki i ułóż na środku upieczoną pietruszkę. Złóż na pół w kierunku od góry fileta w dół (czyli inaczej mówiąc – grubszą stronę połóż na cieńszej) i delikatnie obtocz w mące, po czym smaż z obu stron przez dwie-trzy minuty na maśle klarowanym.

Podawaj na przykład z risotto z zielonym groszkiem.
kieszonki z karpia zatorskiego 02-1024kieszonki z karpia zatorskiego 03-1024kieszonki z karpia zatorskiego 04-1024

Risi e bisi, czyli risotto z groszkiem cukrowym

Udało mi się ostatnio wylicytować przedwojenne wydanie „Uniwersalnej Książki Kucharskiej” Marii Ochorowicz-Monatowej. Planowałam od razu po zakupie oddać ją do introligatora, żeby się nią zaopiekował, bo odpada jej grzbiet okładki i ma luźne kartki. Kiedy jednak otworzyłam ją na słowie wstępnym, stwierdziłam, ze kosmetyka może poczekać. Obudził się we mnie polonistyczny głód i zauroczona językiem, składnią i pisownią przepadłam w tym opasłym tomiszczu. Myślę, że przez kilka najbliższych miesięcy będę tę moją chorutką staruszkę z czułością czytać po nocach, żeby przypadkiem dzieciom w oczy nie wpadła. Młoda bowiem z upodobaniem zajmuje się ostatnio konsumpcją papieru i tektury, a Głodzilla trenuje rzuty.

Przytoczę teraz ten urokliwy fragment ze wstępu:

„Jeśli jest czas na grę na fortepianie, śpiew, robótki, uprawianie sportów różnych, wizyty i zabawy, to niechże się znajdzie i na przestudjowanie książki kucharskiej, co z większą dla każdej kobiety będzie korzyścią, niż przeczytanie byle jakiej powieści senzacyjnej”*

I tu ze swawoli swojej pozwolę sobie sparafrazować tę wypowiedź, uwspółcześniając ją:

„Jeśli jest czas na grę na playstation, karaoke, DIY, uprawianie sportów, fejsbuka i imprezy, to niechże się znajdzie i na przestudiowanie książki kucharskiej, co z większą dla każdej kobiety będzie korzyścią niż obejrzenie byle jakiego serialu”.

Były już na blogu przepisy Lucyny Ćwierczakiewiczowej i Marii Disslowej, teraz przyszła pora na debiut Marii Ochorowicz-Monatowej. Większość przepisów należy jednak do Agaty Kubicowej (ależ mi się ta odmiana podoba!).

„Udusić na maśle, posoliwszy trochę ćwierć litra młodego, cukrowego groszku. Osobno ugotować na sypko na rosole ćwierć litra ryżu, potem włożyć do okrągłej formy w kształcie babki wysmarowanej masłem, na spód i na boki ryż, w środek dać groszek, wstawić na kwadrans do pieca, a wyrzuciwszy na talerz posypać po wierzchu tartym parmezanem”**

A przy okazji, jak już jesteśmy w temacie dobrych rad i korzyści, to na jednym ze zdjęć pokazuję, w jaki sposób można sobie poradzić z estetycznym podawaniem risotta, kiedy nie ma się na stanie obręczy do formowania. Od razu zaznaczam, że nie ma tam lokowania produktu, jest za to recycling pełną gębą :P
risi bisi risotto z groszkiem 01-1024
Składniki (3 porcje):

  •  250 g ryżu do risotto (arborio)
  • 50 ml lekkiego białego wytrawnego wina
  • około 500 ml gorącego bulionu
  • 1 mała cebula
  • 2 łyżki masła klarowanego
  • 250 g łuskanego groszku cukrowego (może być mrożony)
  • 50 g drobno utartego parmezanu (albo podobnego sera)
  • sól morska do smaku

Cebulę drobno posiekaj. Na sporej patelni rozgrzej dwie łyżki klarowanego masła i na wolnym ogniu zeszklij cebulę, następnie dodaj ryż i podsmażaj przez 2-3 minuty aż stanie się szklisty.

Na patelnię z ryżem wlej wino, a kiedy odparuje, zalej całość połową bulionu i gotuj na niewielkim ogniu pod przykryciem, od czasu do czasu potrząsając.

Dolej kolejną połowę bulionu. Gdy wchłonie się w połowie, wsyp na patelnię groszek*** i nadal duś pod przykryciem, mieszając delikatnie co kilka chwil. Po około 10 minutach ryż powinien być już miękki.

Zdejmij patelnię z ognia, dopraw solą do smaku, posyp risotto utartym parmezanem, delikatnie zamieszaj i podawaj.
risi bisi risotto z groszkiem 02-1024ring-1024*Marya Ochorowicz-Monatowa, Uniwersalna Książka Kucharska z ilustracjami i kolorowemi tablicami odznaczona na wystawach hygienicznych w Warszawie 1910 i 1926, Przeszło 2200 skromnych i wytwornych przepisów gospodarskich i kuchennych z uwzględnieniem niezbędnych warunków odpowiedniej djety codziennej i hygieny oraz kuchni jarskiej, Wydanie znacznie powiększone, Nakładem Księgarni Polskiej B. Połonieckiego we Lwowie, s. 3.

**Tamże, s. 381-382.

***jeśli jest mrożony, to wrzuć go wcześniej do wrzątku, aby się rozmroził, odcedź i dopiero dodaj.