Pstrąg łososiowy pieczony z warzywami

Kilka lat temu, bodajże na jednych z pierwszych zajęć na filologii polskiej, wysłuchałam bardzo interesującego wykładu o kulturze i literaturze wieków średnich. Dowiedziałam się z niego wiele, ale szczególnie zapadła mi w pamięć informacja, że w średniowieczu panował pogląd, że rybą jest każde stworzenie, które nie żyje na lądzie – takie zwierzę mogło być nawet ssakiem (np. wieloryb czy foka) a i tak w opinii ówczesnych kucharzy było rybą. Stąd też w czasie postów, gdy zakazane było spożywanie mięsa zwierząt ciepłokrwistych, na potęgę jadano bobry oraz niektóre gatunki kaczek (które większość czasu spędzają w wodzie).

Piątek dla większości Polaków jest dniem, w którym z przyczyn religijnych nie je się mięsa, ale ryby nadal są jak najbardziej dozwolone. Zabawne, jak to człowiek sobie potrafi wszystko wytłumaczyć. Dzisiaj również można spotkać całkiem sporą grupę ludzi, którzy są przekonani, że potrawy z ryb można zaliczyć do kategorii dań wegetariańskich.

Pozostając w temacie, podaję przepis na pstrąga z piekarnika z dodatkiem aromatycznych warzyw. Marchewka i seler naciowy to moja ulubiona konfiguracja, która pasuje nie tylko do ryb, ale i na przykład do drobiu. Dodane w trakcie duszenia wino nadaje całości wykwintnego posmaku i, przełamując słodycz marchewki, dopełnia wytrawny charakter selera. Na koniec nadmienię, że filety pstrąga pieką się bardzo krótko – wystarczy im kwadrans, a czasem nawet 10 minut.
pstrag lososiowy pieczony z warzywami 04-1024
Składniki (2 porcje):

  • 2 filety z pstrąga łososiowego (po 200 g)
  • 1-2 łyżki masła klarowanego
  • 2 spore marchewki
  • 3 łodygi selera naciowego
  • 100 ml białego wytrawnego wina
  • przyprawy: sól morska, świeżo mielony czarny pieprz

Filety opłucz w zimnej wodzie, osusz papierowym ręcznikiem, następnie oprósz solą i pieprzem.

Marchewki i seler naciowy pokrój w drobną kostkę, ale umieść je w osobnych naczyniach.

W rondlu rozgrzej masło i wrzuć na nie marchewkę, podsmażaj, często mieszając. Po 5 minutach wlej wino, poczekaj, aż odparuje, po czym dodaj seler i duś pod przykryciem przez kolejne 5 minut. Dopraw do smaku solą i pieprzem.

Do naczynia żaroodpornego wyłóż połowę warzyw, na nich ułóż filety i przykryj pozostałą częścią.

Zapiekaj przez około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180°C.
pstrag lososiowy pieczony z warzywami 01-1024pstrag lososiowy pieczony z warzywami 02-1024pstrag lososiowy pieczony z warzywami 05-1024pstrag lososiowy pieczony z warzywami 03-1024

Brokułowe pesto

W sobotę 25 października wybrałam się na konferencję zorganizowaną przez rodziców dla rodziców pod hasłem „Zdrowe Żywienie Małych Wrocławian”. W ciągu kilku godzin wysłuchałam wielu mrożących krew w żyłach opowieści o tym, w jaki sposób są karmione dzieci w żłobkach i przedszkolach. Dowiedziałam się, że rodzice nie muszą się godzić z sytuacją i mają nie tylko prawo, ale i obowiązek dowiadywać się, jak wygląda jadłospis w tych placówkach i na niego wpływać, jeśli jest skonstruowany w oparciu o koncentraty, proszki, gotowce i mrożonki w okresie, gdy jest sezon na warzywa i owoce. Oczywiście nie jest tak, że tylko stołówki czy firmy kateringowe olewają zasady racjonalnego żywienia. Zagonieni rodzice też często dają ciała w tej materii i wkładają dzieciom do śniadaniówek batoniki, paluszki albo kanapki z pasztetową i keczupem. Jeśli jesteście zainteresowani, to mogę ten temat rozwinąć w formie osobnego wpisu na blogu.

Na szczęście przedszkole, do którego posłaliśmy Głodzillę, kładzie duży nacisk na zdrowe żywienie i wysłuchuje sugestii rodziców. Jest to prywatna placówka (do publicznej nie udało nam się dostać) i rządzi się nieco innymi prawami – nasz klient, nasz pan.

Po wspomnianej konferencji złapałam wiatr w kulinarne żagle i postanowiłam trochę urozmaicić naszą codzienną dietę, podając warzywa w nieco inny sposób – atrakcyjniejszy dla dzieci. Na pierwszy ogień poszedł brokuł zawierający morze minerałów: potas, wapń, żelazo, fosfor, mangan, magnez i siarkę. Tej ostatniej zawdzięcza swój urokliwy zapaszek, który szczególnie wyraźnie objawia się podczas gotowania.Oprócz minerałów ma też oczywiście moc witamin: A (beta-karoten), B1, B2, B6, C, K, PP, kwas pantotenowy i kwas foliowy*. Do brokuła dorzuciłam migdały, które również są super-hiper-duper zdrowe, czosnek, który jest bardzo wskazany w okresie infekcji i przeziębień oraz wlałam sporo tłoczonego na zimno oleju rzepakowego, dostarczającego m.in. nienasyconych kwasów tłuszczowych. Samo zdrowie!

Głodzilla uwielbia pomagać w kuchni, dosypywać składniki (czyt. rozpirzać na połowę blatu i podłogę), dolewać olej (rozlewać go bokach) a najbardziej go kręci wciskanie przycisku ‚turbo’ w blenderze (oczywiście, że pod czujnym nadzorem). Dziedzic mój lubi pomagać, ale za brokułem jakoś nie przepada. Tak go nie lubi, że postanowiliśmy przerobić go na pesto. Zmasakrowane warzywo znacznie bardziej przypadło mu do gustu i wcinał je chętnie zarówno z makaronem, jak i na kanapce. Takie czary.
pesto z brokula 03-1024
Składniki:

  • pół brokuła (250 g)
  • 50 g migdałów w płatkach
  • 50 g utartego sera Grana Padano (albo innego tego typu)
  • 2 łyżki posiekanego świeżego tymianku
  • 1 nieduży ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę
  • olej rzepakowy tłoczony na zimno
  • do smaku sok z cytryny, sól i pieprz

Brokuł podziel na różyczki, łodygę obierz i pokrój na mniejsze kawałki. Ugotuj na parze albo w lekko osolonej wodzie. Odstaw do przestudzenia.

Migdały upraż na suchej patelni i ostudź.

Wszystkie składniki zmiksuj, dodając tyle oleju, aby uzyskać gładką konsystencję.

Dopraw do smaku sokiem z cytryny, solą i pieprzem.

Używaj jako sos do makaronów albo smarowidło do pieczywa.
pesto z brokula 01-1024pesto z brokula 02-1024pesto z brokula 04-1024

*korzystałam z informacji zawartych na portalu http://www.odzywianie.info.pl/przydatne-informacje/artykuly/art,Brokuly-ciekawostki-i-wartosci-odzywcze.html

Pulled pork, czyli wyczesana wieprzowina

Za kilka lat, gdy moje Stwory podrosną, będę wspominała okres urlopu wychowawczego jako czas intensywnego gniazdowania. Są takie ptaki, które zamurowują swoje samice w dziuplach, żeby grzecznie skupiły się najpierw na wysiadywaniu jajek, a później na pielęgnacji młodych. Te ptaki to dzioborożce i prawdopodobnie w poprzednim życiu musiałam należeć do tego gatunku. Kiedyś przypuszczałam, że byłam psem, bo mam skłonności do kompulsywnego objadania się i odgłos odkurzacza wywołuje u mnie wewnętrzny niepokój. Macierzyństwo udowodniło mi jednak, że się pomyliłam w swoich podejrzeniach, skoro w czasach, gdy robienie kariery zawodowej i spłacanie kredytu hipotecznego jest codziennością, dałam się wrobić w siedzenie w domu i „nic nierobienie” przy dzieciach.

Jesień uderzyła z pełną mocą, temperatury spadły poniżej 10°C, coraz częściej niebo pokazuje swoje pochmurne oblicze i dzień rozpoczyna się mgliście albo mżyście, jeśli ma się mniej szczęścia. W takich chwilach cieszę się, że jestem intensywnie gniazdującą mamą i jeśli nie mam ochoty na spacery, to mogę sobie ograniczyć wyjścia do odprowadzenia Głodzilli do przedszkola i szybkich zakupów.

Z tymi zakupami to jest poważniejsza kwestia, bo obecność Panny Grymaśnej, która jeszcze samodzielnie po schodach nie chodzi, znacznie ogranicza mi pojemność zakupową moich rąk. Lubię zatem, kiedy ktoś za mnie moje zakupy przywiezie i nawet wniesie mi je do domu. Od dłuższego czasu kurierzy i listonosze latają do moich drzwi tak intensywnie jak samiec dzioborożca do swojej zamurowanej małżonki (tylko bez dwuznacznych skojarzeń proszę, podkreślam fakt zamurowania a nawet zaobrączkowania). I tutaj muszę się przyznać, że nałogowo robię zakupy w sklepach internetowych. Najczęściej są to książki i kuchenne przydasie, na które kończy mi się już miejsce i o których często-gęsto zapominam, by z zaskoczeniem potem odkryć, że jestem w posiadaniu, np. jakiejś fikuśnej foremki. Lubię sobie też nakupować różnych przypraw (np. wędzone papryki, które w większości „zwykłych” osiedlowych sklepikach nie goszczą). Kilka razy w miesiącu robię również większe zakupy np. w e-Tesco, bo szkoda mi tracić czas na bieganie za srajtaśmą, środkami czystości, kosmetykami czy zgrzewkami z wodą, skoro ktoś może to zrobić za mnie.

Błogosławieństwem nieco łagodzącym bolesne wyrwy na koncie osobistym okazało się odkrycie strony kodyrabatowe.pl. Dzięki temu serwisowi udało mi się kilka razy kupić coś w okazyjnej cenie, z atrakcyjną zniżką. Jeśli w trakcie internetowych zakupów zauważysz, że sklep ma opcję podania kodu rabatowego, to zajrzyj pod wspomniany adres. Jest wysoce prawdopodobne, że na tej stronie znajdziesz zniżkę dla siebie i zaoszczędzisz kilka złotych.

A skoro już wspomniałam wcześniej o wędzonej papryce, to koniecznie musicie jej użyć do przygotowania wyczesanej, dosłownie i w przenośni, wieprzowiny – czyli pulled pork. To długo pieczone mięso świetnie nadaje się do kanapek, burgerów (koniecznie z domowymi bułkami), a także jako pieczyste na obiad.
pulled pork 03-1024
Składniki:

  • ok 1 kg łopatki wieprzowej
  • kilka łyżek oleju rzepakowego
  • przyprawy: wędzona słodka lub ostra papryka, 2-3 ząbki czosnku, świeżo mielony czarny pieprz, sól morska

Olej wymieszaj z przyprawami wybranymi wg własnego gustu – ja użyłam słodkiej wędzonej papryki (2 czubate łyżki), 3 ząbków czosnku przeciśniętych przez praskę, czarnego pieprzu i soli. Równie dobrze można użyć zwykłej mielonej papryki (słodkiej bądź ostrej), majeranku, ziół prowansalskich – co kto lubi.

Aromatyczną mieszanką natrzyj dokładnie mięso, przełóż do szklanej lub metalowej miski, przykryj i odstaw na kilka godzin do lodówki.

Na godzinę przed pieczeniem wyjmij mięso z lodówki, aby nabrało temperatury pokojowej.

Zamarynowaną łopatę przełóż do naczynia żaroodpornego z pokrywką i wstaw do piekarnika nagrzanego do 90°C na 7-9 godzin (czas zależy od wielkości kawałka mięsa – po około 3 godzinach już nie powinno być surowe, ale im dłużej się będzie piekło, tym będzie delikatniejsze).

Jeśli chcesz upiec mięso w garnku rzymskim, to w tym wypadku nie musisz go namaczać. Po prostu wkładasz łopatkę do naczynia, nakładasz pokrywkę i umieszczasz w zimnym (!) piekarniku, po czym ustawiasz temperaturę i pieczesz przez kilka godzin.

Po upieczeniu zostawiasz mięso w spokoju przez około pół godziny, następnie za pomocą widelca dzielisz je na włókna i pozwalasz im nasiąknąć wytopionym sokiem.
pulled pork 01-1024pulled pork 02-1024pulled pork 05-1024

„Zbrodnia i wina” Michał Bardel

Opracowania monograficzne, również te traktujące o produktach spożywczych, bardzo często są przeraźliwie nudne, przesycone naukowym językiem, który dla laika brzmi niczym przeintelektualizowany bełkot. Opasłe dzieła tego typu podniecają tylko znawców tematu (a i to tylko przez chwilę) albo służą jako ozdoba regału z książkami, dodając właścicielowi kilka punktów w dziedzinie obycia i erudycji.

Niedawno w moich rękach znalazła się pozycja, która mimo tego, że jest kompendium wiedzy o winach, jest również porywająca. „Zbrodnia i wina” Michała Bardela to sensacyjny przewodnik po winach świata. Sensacyjny głównie dlatego, że składa się z opowieści, w których szlachetne trunki i rozmaite zbrodnie stanowią nierozłączną parę. Już sam tytuł jest dwuznaczny, bo w zestawieniu z kryminalnym motywem, kwestia wina czy winy jest puszczeniem oka w stronę czytelnika. Sensacyjne i zarazem rewelacyjne podejście do tematu. Nikt chyba lepiej niż sam autor nie wyjaśni, skąd taka idea: „Umyśliłem sobie jakiś czas temu tropić związki wina z szeroko pojętym rzemiosłem przestępczym, bo podobnie jak ogromna część naszego społeczeństwa podzielam od lat dziecięcych niezdrową fascynację ciemną stroną ludzkiej duszy, która każe nam kraść, zabijać, szantażować i fałszować, a którą jakoś bez większych trudności udaje mi się pogodzić z równie niezdrową fascynacją winem” (s. 7).

Bardel_Zbrodniaiwina_500pcx

fot. Wydawnictwo Znak – kliknij, aby przejść na stronę

Michał Bardel, smakosz i podróżnik, jest redaktorem naczelnym magazynu „Czas Wina”, jurorem międzynarodowego konkursu winiarskiego Mundus Vini i kierownikiem studiów Wiedza o winie w Collegium Civitas w Warszawie. Na łamach „Czasu Wina” publikował cykl opowiadań pt. „Kroniki kryminalne”. Zwróciły one uwagę Wydawnictwa Znak, które zaproponowało Bardelowi napisanie książki o winach utrzymanej w tej konwencji. Oprócz wątku sensacyjnego w książce Bardela w bardzo lekki sposób jest podana solidna dawka wiedzy dotyczącej odmian winorośli, sposobów ich uprawy, technik wytwarzania z nich trunków oraz wskazówki, w jaki sposób dokonywać wyboru dobrych jakościowo win za cenę, która nie przyprawi nas o zawał serca. Dowiemy się z niej, czy dobre wina można znaleźć tylko w specjalistycznych sklepach winiarskich, czy też można wyszukać jakąś perłę na supermarketowej półce.

Książka powstawała w formie spontanicznie pisanych tekstów, a czynność ta odbywała się przeważnie w halach odlotów w trakcie licznych podróży. I właśnie ta spontaniczność przejawia się wyraźnie w warstwie językowej – dowcipnej, naturalnej, swobodnej, traktującej czytelnika po partnersku, ze zrozumieniem dla jego niewiedzy. Są takie momenty w czasie lektury, że człowiek zatapia się w niej całkowicie i czuje się tak, jakby siedział przy jednym stole z autorem, sącząc lampkę wina i wysłuchując jego monologu. Szczególnie dobrze poczucie humoru autora oddają jego porównania, np. „Barolo spotykane w sieciach dyskontowych za mnie więcej trzydzieści złotych mają się tak do oryginałów jak hulajnoga do ferrari”, „doprawdy łatwiej jest umieścić dziecko w polskim przedszkolu publicznym, niż dotrzeć do najlepszych roczników tego wina” czy, moje ulubione – „z etykietami jest trochę jak z ulotkami dołączanymi do leków. Jeśli nie mamy pod ręką dobrego doradcy (lekarza), lepiej umieć je przeczytać, nim pojawi się biegunka i świąd w miejscach intymnych”.

Wystarczy już rozważań o języku, napiszę teraz o konstrukcji samej książki. Dwanaście rozdziałów odpowiada dwunastu podróżom do miejsc, w których powstają najsławniejsze wina i w których miały miejsce zbrodnie z nimi związane. Michał Bardel oprowadza nas po winnicach: Burgundii, Bordeaux, Mozeli, Langwedocji, Toskanii, Szwajcarii, Izraela, Piemontu, Szampanii, Doliny Rodanu, Południowej Afryki i Krety. Na zakończenie tej podróży, z trzynastego rozdziału „W gąszczu etykiet” możemy się dowiedzieć, w jaki sposób kupować dobre wina za rozsądne pieniądze i nie blamować się w oświeconym towarzystwie winiarzy uwielbieniem tylko dla wina określonego koloru czy kraju produkcji (np. już nie będziemy deklamować kwestii w rodzaju „moje ulubione wino to czerwone wytrawne z Chile”).

Kwestia zakupu odpowiedniego wina przypomina Bardelowi rozwiązywanie kryminalnej zagadki. Tak jak detektyw musi odpowiedzieć sobie na pytania: kto? gdzie? kiedy? czym? dlaczego? – tak konsument, aby zakupić odpowiednie wino, powinien znać odpowiedź na pięć zagadkowych kwestii:
na co to wino? – czy do posiłku, podumania nad kieliszkiem, czy też do podania jako aperitif – autor wyjaśnia jakimi cechami powinny się charakteryzować odpowiednie trunki
za ile to wino? – i tutaj możemy się dowiedzieć, że za 100 zł można kupić mniej lub bardziej byle jakie wino w dyskoncie. Lepiej zatem skupić się na jakości – Bardel podpowiada, jak tę ocenić i gdzie można okazyjnie kupić butelkę czegoś naprawdę dobrego.
ile tego wina? – na przykładzie trzydaniowego posiłku autor pokazuje, ile kupić butelek, aby każde danie było należycie podkreślone
jakie to wino? – Bardel roztacza cały wachlarz typów wina, znacznie wykraczający poza zwyczajne białe, różowe czy czerwone tudzież wytrawne, półwytrawne albo słodkie.
do czego to wino? – czyli w największym skrócie, w jaki sposób prawidłowo dobrać trunek do określonej potrawy

Na końcu przewodnika znajduje się słownik pojęć winiarskich oraz słownik szczepów winogron, a same terminy są w tekście oznaczone innym kolorem, co w osobie, takiej jak ja, która ostatnio wiele czasu spędza w Internecie, wyzwala chęć „kliknięcia” ich okiem.

Ze słownika możemy się dowiedzieć: kim jest sommelier, kiper czy winemaker; co oznaczają skróty: VDQS, INAO, AOC; na czym polega degustacja w ciemno, maceracja i szaptalizacja; poznać wielkie postaci, np. Bartolo Mascarella czy Hugh Johnsona; zgłębić zagadnienie stajennych aromatów, szlachetnej pleśni, grand cru, koła aromatów, riservy i kupażu. To tylko nieliczne pojęcia, których znajomość pozwala na swobodne poruszanie się po pozornym polu minowym, którym jest zakup i smakowanie dobrych win. Dzięki temu przewodnikowi przechadzka po owym polu zamieni się w bezpieczny, przyjemny spacer po winogradach całego świata.

Wiedza umiejętnie przyprawiona motywem bandyckich akcji, ekscytujące historie podsumowane edukacyjnym komentarzem, czerwień krwi i swąd spalenizny kontrastujące z głębokimi, bogatymi smakami i bukietami najdroższych win – tak najkrócej można scharakteryzować „Zbrodnię i wina”. Przestępstwa opisywane na kartach tego przewodnika są różnego kalibru: od szantażu, przez oszustwa po trucicielskie próby (dolewanie do wina metanolu albo arszeniku). Po każdej dawce adrenaliny przychodzi pora na porcję nauki, która jest podana tak przystępnie, że przyswaja się ją równie lekko jak ploteczki z Pudelka.

\wpis sponsorowany\

Masło orzechowe

Puszczam czasem Głodzilli na YouTube stare bajki, na których wyrosłam -„Reksia”,  „Bolka i Lolka”, „Przygody kota Filemona”, „Zaczarowany ołówek” itp. oraz nieśmiertelną Disneyowską klasykę, którą przed niemal ćwierćwieczem emitowano na Jedynce w ramach niedzielnej dobranocki.

Najstarsze filmy o Myszce Miki i Kaczorze Donaldzie, szczególnie te z końca lat 30-tych i początku 40-tych XX wieku, często były narzędziem propagandy i nieraz buchały ostrą polityczną satyrą. Donald był przedstawiany np. jako mieszkaniec nazistowskich Niemiec w „Der Furhrer’s Face”, gdzie pracował w fabryce broni, czy jako amerykański żołnierz w chociażby The Old Army Game (była cała seria jego przygód w armii). Lepiej zatem obejrzeć te kreskówki wcześniej i nie puszczać ich „na pałę” – nie wszystko, co animowane, nadaje się dla dzieci. W sumie wniosek taki można wysnuć nie tylko w kontekście perypetii Kaczora Donalda czy Myszki Miki.

W czasie odwiedzin u rodziny czy znajomych bywa, że moje oko zjedzie na telewizor włączony w systemie polskim, czyli prawie 24h na dobę. Współczesne „bajki” wywołują we mnie odruch wymiotny – tęczowe kucyki, dziewczątka narysowane zdzirowatą kreską, która promuje jakieś dziwaczne pojęcie kobiecego piękna… Z tego tez powodu nie mamy w domu telewizora – razem z Małżem wolimy samodzielnie podejmować decyzje odnośnie repertuaru, przed którym sadzamy nasze Dziecko. Piszę w liczbie pojedynczej, bo 3-letni Głodzilla bajki może oglądać, a rocznej Pannie Grymaśnej jeszcze na to nie pozwalamy.

Głodzilla szczególnie lubi te odcinki Kaczora Donalda, w których pojawiają się Chip i Dale, dwie nieco złośliwe, mega żarłoczne i przezabawne wiewiórki. Sporo jest w tych historyjkach humoru sytuacyjnego i bardzo dużo… orzeszków ziemnych.

Orzacha podziemna – mówi Wam to coś? Wypłynęłam na przestwór nieskończonego internetu i zrobiłam małe rozpoznanie. To nic innego jak orzech ziemny, orzech arachidowy, czy fistaszek. Zabawne, że bliżej mu do mojego ulubionego bobu niż do, dajmy na to, orzecha laskowego czy włoskiego. Okazuje się, że orzacha podziemna to niebywale interesujące zielsko – rośnie sobie do około pół metra wysokości, kwitnie tak jak inne bobowate (czyli np. groch, bób czy łubin), kwiatki ma żółte – nuda, ale… wesoło się zaczyna w momencie, gdy z zapylonych kwiatów powstają strąki. Orzacha wpycha je pod ziemię, by tam dojrzewały. O takich roślinach jak ona mówi się, że są geokarpiczne.

Wychodzi na to, że od tego siedzenia w domu z dziećmi zaczynam drążyć wszystko, co mi w padnie w ręce – już nie tylko etykietki i przedwojenne książki kucharskie. Nie popuszczę nawet orzeszkom ziemnym.

A poniżej pokazuję, jak można zrobić pyszne, domowe masło orzechowe praktycznie bez żadnych dodatków (na dobrą sprawę nie trzeba soli, cukru czy dodatkowego tłuszczu – doprawić można wedle gustu, a olej nie jest niezbędny).

domowe maslo orzechowe 01-1024
Składniki (1 słoiczek około 300 ml):

  • 300 g wyłuskanych orzeszków ziemnych
  • sól morska
  • opcjonalnie: cukier, miód, syrop klonowy itp
  • opcjonalnie olej

Orzeszki upraż na suchej patelni, odstaw do wystudzenia.

Kiedy będą jeszcze lekko ciepłe, przesyp je do kielicha blendera i miksuj przez około 5-10 minut (czas zależy od mocy urządzenia. Mój sprzęt ma 750 watów i uporał się z zadaniem w 5 minut – jeśli masz blender o niewielkiej mocy, to gdy orzechy osiągną konsystencję grubej mąki, możesz wlać 1-2 łyżki oleju – nie dodawałam). Orzechy najpierw się pokruszą, potem rozdrobnią się niemal na mąkę i po chwili zaczną się zbrylać i puszczać olej, zamieniając się w masło.

Gotowe masło przypraw do smaku solą i jakimś „słodziwem”, jeśli lubisz. Ja nie przepadam, ale uwielbiam je zajadać z jabłkiem na kanapce.
domowe maslo orzechowe 02-1024domowe maslo orzechowe 03-1024domowe maslo orzechowe 04-1024domowe maslo orzechowe 05-1024