Śledzie w czerwonej cebuli

Każdy smok, który gustuje w królewnach-dziewicach, potwierdzi tezę, że stworzenia niewinne są najsmaczniejsze, najdelikatniejsze i najtrudniejsze do zdobycia. Matias, czyli dziewiczy śledź, jak każda istota, która jeszcze się nie starła z trudami dorosłego życia, które u ludzi wywołują nabytą zgryźliwość i przysłowiową „twardą dupę”, cechuje się wyjątkowymi walorami smakowymi i bardzo przyjemną konsystencją.

Testowałam na swój własny użytek supermarketowe filety śledziowe z Tesco i z Auchan (oraz siostrzanego Simply Marketu). Są przeraźliwie słone, wiórowate i szarawe. Nazwa handlowa to „śledź a’la Matias”, co oznacza, że są to solone filety przygotowane na wzór i podobieństwo matiasów. Matiasami, czyli młodymi śledziami, które jeszcze nie odbyły tarła, jednak nie są.

Są trochę jak brzydsze siostry Kopciuszka, które za pomocą regulatorów kwasowości (np. cytrynianów sodu), wzmacniaczy smaku (np. glutaminianu monosodowego) i konserwantów (dajmy na to benzoesanu sodu) próbują dodać sobie urody, ale bez spektakularnych efektów. Naprawdę trzeba się nagimnastykować, umiejętnie wymoczyć, żeby zrobić z nich coś dobrego.

Jeśli śledzie są Twoimi ulubionymi słodyczami, to te matiasy w czerwonej cebuli przygotowanej na wzór konfitury, Cię uwiodą. Są subtelnie słodkie, nieprzesadnie kwaskowate i delikatnie pieprzne. Jeśli uda Ci się przygotować je z prawdziwych matiasów, to nie oderwiesz się od słoika, dopóki nie zobaczysz jego dna.

sledzie w czerwonej cebuli 01-1024

Składniki czytaj dalej…

Pin It

Ale wpadka!

Paweł Opydo na swoim blogu napisał kiedyś „Nie jesteś jednoosobową grupą reprezentatywną”. Dość długo patrzyłam na inne dziewczyny przez pryzmat moich doświadczeń i odczuć, stawiając je za wzór i punkt odniesienia. Z jednej strony chciałam być jedyna w swoim rodzaju, unikalna, a z drugiej postrzegałam siebie jako reprezentantkę większości – rzeczonej grupy reprezentatywnej.

Dopóki nie wyjechałam z rodzinnego domu do Wrocławia, żyłam w naiwnym przekonaniu, że niemal każda moja rówieśnica jakieś tam podstawy sztuki kulinarnej zna. Bo ja buszowałam w garnkach od maleńkości. I dlatego, że moje najbliższe koleżanki ze szkolnej ławy potrafiły bez większych problemów przygotować prosty obiad czy upiec jakieś ciasto.

Z dziewojami, które nie wyglądały na kumate w tej dziedzinie, jakoś nie potrafiłam znaleźć wspólnego języka. Reprezentowałyśmy całkowicie odmienne typy osobowości, które wtedy nie dążyły do porozumienia. One w wolnych chwilach nakładały szpachlą podkłady na twarze i malowały paznokcie, a ja strzępiłam swoje, trąc ziemniaki na placki albo lepiłam pierogi, dyskutując z Mamą o książkach lub nastoletnich bzdurkach. Najczęściej biadoliłam, że mój pięćdziesiąty ukochany, do którego wzdychałam skrycie, traktuje mnie jak kumpla i nie widzi we mnie kobiety.

Cóż… prezentowałam maniery przystające bardziej do pyskatej kucharki niż lwicy salonowej z wymuskaną grzywą i wypolerowanym pazurem.

Po maturze los mnie rzucił do multikulturowego Wrocławia, co tak mi poszerzyło horyzonty, iż czasem miałam wrażenie, że zaraz mi się zajady na oczach porobią. Często jednak zbierałam szczękę z nieczystej podłogi akademikowej kuchni, gdy widziałam gwiazdy wrzucające spaghetti do zimnej wody albo płuczące na durszlaku mięso mielone, które spływało niemal całe do rur. Skóra mi cierpła i miałam ochotę krzyczeć, kiedy skrobały metalowymi łyżkami po teflonowych patelniach.

Dzisiaj role się odwracają – one doskonalą się w kulinariach, a ja w odmętach internetu poszukuję wskazówek, jak dobrać podkład czy zrobić idealną kreskę na powiece, nie wydziobując sobie przy tym oka. Nic w przyrodzie nie ginie i prędzej czy później nastąpi równowaga.

Do łez rozbawiła mnie opowieść kolegi z pracy, który ze swoimi współlokatorami postanowił kiedyś wspólnie ugotować obiad. Po burzliwej dyskusji na temat menu, stanęło w końcu na tym, że usmażą naleśniki. Zrobili listę zakupów, zapakowali się do auta i w połowie drogi jeden z nich pyta: „Stary, ale jak my mamy zrobić te naleśniki, kiedy nie mamy wałka?”.

Żeby nie było, że taka jestem wspaniała, przyznam się, że sama też zaliczyłam epicką wpadkę. Niesamowicie cuchnącą wpadkę. Z domu przywiozłam do akademika litrowy, niepasteryzowany słój fasolki po bretońsku. W Dwudziestolatce na pięcioosobowy moduł mieszkalny wypadała jedna malutka lodówkozamrażarka. Z braku miejsca włożyłam słoik do szafki w pokoju i zapomniałam o niej. Po trzech, czterech dniach współlokatorkę i mnie obudził niesamowity, fekalny smród. Zasuwałyśmy na kolanach po całym pokoju i nie mogłyśmy dojść, co tak cuchnie. Sprawdziłyśmy nawet parapety, bo przyszło nam do głowy, że piętro wyżej mogła być tak fantazyjna impreza, że ktoś zrzucił nam jakąś kupę. Po kilkunastu minutach odkryłyśmy źródło – fasolka sfermentowała i wysadziła zakrętkę, robiąc wyciek na pół szafki.

Mieszkając przez kilka dni w tym „aromatycznym” pokoju, dziękowałam losowi za tę lekcję pokory. I za wyrozumiałą koleżankę. Przy okazji nauczyłam się tolerancji dla cudzej niewiedzy. Na kilka tygodni :P

Pin It

Placki ziemniaczane

Czasem chodzi mi po głowie założenie na blogu cyklu w rodzaju: „Przepisy dla dziewcząt, które nie nauczyły się niczego w domu”. O zapotrzebowaniu na przepisy na podstawowe potrawy świadczy niesłabnąca popularność postów o tym, jak się robi lane kluski, naleśniki czy kopytka – każdego dnia biją one rekordy oglądalności. No to dodaję do tej listy mój podstawowy przepis na placki ziemniaczane.

placki ziemniaczane 01-1024

Składniki czytaj dalej…

Pin It

Śledzie w śmietanie

Nie planowałam przygotowywać kolejnego wpisu na ten temat, ale szalony ciąg skojarzeń połączył w jedną całość śledzie i miłość małżeńską. I nie mogłam się powstrzymać.

Wariacji na temat śledzia ze śmietaną jest mnóstwo. Jeśli mam niewiele czasu, używam matiasów w oleju, bo nie wymagają specjalnego przygotowania i od niemal od razu nadają się do jedzenia (tak jak w tym przepisie – klik). Gdy mi się nie spieszy, kupuję solone płaty śledziowe. Te drugie były moją zmorą, kiedy zaczynałam swoją śledziową przygodę. Śledzie wychodziły mi albo za słone, albo zbyt wymoczone i bez wyrazu.

Z czasem nauczyłam się, że zanim się za nie zabiorę, trzeba je sprawdzić „na smak”, co bywa średnio przyjemne. Od razu jednak wiadomo, czy kupione filety wymagają tylko lekkiego opłukania wodą, czy może potrzebują kilku godzin, a w ekstremalnych przypadkach nawet doby, żeby można je było normalnie zjeść. Dlatego najczęściej instrukcje typu: mocz przez 2, 3, 4 godziny, można sobie w buty włożyć. Przepis na śledzie może być bardzo dobry, ale przez samo źle wykonane moczenie potrawa może być koncertowo zepsuta. Najpyszniejsze matiasy, takie do przepłukania tylko, można zdobyć w małych sklepach rybnych. W dużych supermarketach najczęściej są te filety zasolone do niemożliwości.

Kiedy zdobywałam doświadczenie z tymi rybami, Małż składał mi ciche dowody miłości, jedząc te pierwsze okropieństwa bez narzekania. To więcej dla mnie znaczyło niż najpiękniejsze bukiety kwiatów czy gorące, kwieciste wyznania (w których zresztą on nigdy nie gustował i zmienić tego nie zamierza). Aby dostrzec prawdziwą miłość, trzeba mieć szeroko otwarte oczy, a nie uszy.

sledzie w smietanie 03-1024

Składniki czytaj dalej…

Pin It

Nowoorleańska sałatka coleslaw Nigelli

O, jak ja kiedyś nie znosiłam sałatki coleslaw, którą można zamówić sobie w każdym praktycznie fast foodzie! Nie wiem, skąd ten zachwyt. Paląca biała kapusta wymieszana z byle jakim majonezem.

Postanowiłam się przemóc, kiedy zobaczyłam zmodyfikowany przepis u Nigelli. We wstępie wspominała, że dzięki tej sałatce nawróciła kilku antykolesławowiczów. No to może dopisać sobie mnie do listy.

W przepisie znajdują się orzechy pekan. Nie warto ich specjalnie kupować na intencję robienia tej sałatki, bo w Polsce są dość drogie, a smakują (moim zdaniem) identycznie jak orzechy włoskie. Spokojnie można je nimi zastąpić w tym i w każdym innym przepisie, w którym są wymienione.

Nie da się jednak ukryć, że w samej nazwie orzechy pekan kryje się powiew wielkiego świata. Podając sałatkę z pekanami, można się poczuć jak hamerykańska gospodyni domowa z lat 50-tych, która ze słodkim jak miód uśmiechem przyklejonym do upudrowanej buzi serwuje posiłki w rozkloszowanej spódnicy i uroczym fartuszku. Podając sałatkę z orzechami włoskimi, pozbawiamy się czysto snobistycznego, wymuszonego efektu „wow”. Ja zadałam już szyku, poprószyłam drogocennymi pekanami i mi wystarczy. Następnym razem postawię na banalne włoskie orzechy.

Źródło przepisu: Nigella Lawson „Nigella ekspresowo”

coleslaw 02-1024

Składniki czytaj dalej…

Pin It